W "Tour of Darkness" rozegraliśmy dotychczas trzy sesje. Kretus opisał wydarzenia z pierwszych dwóch sesji na stronie głównej: "Pierwszy Patrol" oraz "Deszczowy dzień".

1.  Skrót wydarzeń


Dżungla

Kampania dzieje się w Wietnamie w 1967 r. Gracze wcielają się w postaci żołnierzy Korpusu Piechoty Morskiej, służących w kompanii Sierra, 5th regiment USMC, stacjonującego w Da Nang.

Pierwsza sesja rozgrywa się w drugiej połowie czerwca 1967 r. Kilkunastoosobowy oddział Marines, dowodzony przez porucznika Roberta Jeffersa ma za zadanie przeprowadzić patrol i odwiedzić kilka wiosek na trasie, uśmiechać się i sprawiać dobre wrażenie. Szybko jednak okazuje się, że wieśniacy nie są wcale zachwyceni Amerykanami. Wojskowi natykają się na oznaki sympatii dla VC i natrafiają na komunistycznego prowokatora. Nieoczekiwana konfrontacja kończy się śmiercią jednego z żołnierzy. W czasie jednego z biwaków Sanchezowi udaje się zastrzelić tygrysa, a niedługo potem BG natrafiają na przemytniczą melinę pełną narkotyków. Wszystko to blednie jednak wobec sytuacji z jaką muszą poradzić sobie w niewielkiej wiosce - Ai Yin Young. Partyzanci z VC wzięli do niewoli pracownicę misji humanitarnej. Spryt dowódcy misji – Jeffersa, oraz odwaga żołnierzy oraz szaleńcza brawura Rayan'a Gigsa pozwalają BG pokonać VC w spektakularny sposób.

Druga sesja rozpoczyna się podczas wypadu na przepustkę (24/25 czerwiec 1967). BG są świadkami morderstwa popełnionego na oficerze południowowietnamskich sił lotniczych. W ich ręce wpadają tajemnicze dokumenty. Żołnierz udają się w pościg za uciekającymi motorówką zabójcami, podczas gdy oficerowie trafiają do paki, pod czułą kuratelę tajemniczego oficera wywiadu Waltera Steinberga. Z opałów wybawia ich wiadomość o nadchodzącej bitwie, jednak Steinberg zdąży im zaleźć za skórę. Jeden z oddziałów kompanii Marines wpada w pułapkę VC. Kompania Sierra, dowodzona przez kapitana Mayersa wyrusza na odsiecz. Pluton BG staje na flance, gdzie według wywiadu siły wroga są najsłabsze. Jeffers chcąc się zabezpieczyć wysyła patrol, żeby sprawdzić rzekomo puste pozycje. Trwa walka. Siły wroga liczą co najmniej kompanię, dobrze umocnionej, piechoty VC. Masa roboty dla Jeffersa i sierżanta Neumana. Trudne warunki atmosferyczne. W pewnym momencie piorun trafia w śmigłowiec dowodzenia, który spada za liniami wroga. Kompania Sierra traci dowódcę! Jeffers zastępuje go chwilowo, prowadząc atak na pozycje VC. W tym czasie okazuje się, że wysłany przez niego patrol zaginął. Niedługo po tym okazuje się, że słabo ubezpieczone pozycje atakuje pełna kompania NVA! BG stawiają heroiczny opór i pomimo ciężkich strat Marines udaje się po raz kolejny zejść z placu boju zwycięsko.

Trzecia sesja stanowi kontynuację wydarzeń z poprzedniej części. BG wyruszają śladami swojego dowódcy – kapitana Mayersa. Okazuje się, że przeżył on katastrofę helikoptera, został jednak wzięty, razem z kilkunastoma Marines, w niewolę. BG ruszają w długi, wyczerpujący pościg przez dżunglę. Szybko okazuje się, że stoją na przegranej pozycji. Wróg jest u siebie i umyka im bez trudu. Wtedy z dowództwa przychodzi zdumiewający rozkaz. BG mają przedostać się przez strefę zdemilitaryzowaną do Wietnamu Północnego. 30 km od granicy znajduje się obóz przejściowy dla jeńców, gzie najprawdopodobniej trafił Mayers. Operacja jest wspólnym dziełem Marines, US Navy i Seals. BG wspierani przez porucznika Shaftoe z Seals atakują obóz. Okazuje się, że jest to miejsce przerażających eksperymentów na więźniach. Wydarzenia w podziemnym laboratorium są zbyt dziwne aby prawda o nich wyszła na światło dzienne. Ważne jest to, że BG udaje się uratować Mayersa i resztę Amerykanów. Uciekają potem na wybrzeże i na oczach ścigających ich Wietnamczyków odpływają łodziami do czekającego na nich okrętu podwodnego.

Czwarty scenariusz, jak łatwo zauważyć, był silnie wzorowany na filmie R-Point, który bardzo przypadł mi do gustu. Poszperałem dodatkowo w podręczniku do ToD i paru innych źródłach - w efekcie powstała całkiem niezła, lekko "niesamowita przygoda. W "Wyspie potępionych" gracze muszą zmierzyć się z niebezpieczeństwami wyspy położonej na Morzu Południowo-Chińskim. Stykają się z niekompetencją i głupotą przełożonych, szpiegami, inwazją NVA a wreszcie duchami. Sesja kończy się, kiedy postacie graczy opuszczają wyspę na łodzi, w popłochu uciekając przed NVA.

2.  Dzienniki z gry

2.1  Zapiski po "Pierwszej Krwii"

Od MG:

Nasza pierwsza przygoda rozegrana w "Tour of Darkness" - settingu do Savage Worlds poświęconym wojnie w Wietnamie. Raport Scenariusz przygotowałem przy pomocy generatora misji i dodałem kilka smaczków. Wyszła w sumie całkiem niezła przygoda. A teraz oddam głos Kretusowi, który wcielił się w porucznika USMC Roberta Theodore Jeffers'a.

Autor: Kretus

Raport z misji patrolowej nr 1567, 16 lipca 1967r, Zebra Firebase, Da Nang

podporucznik Marine Corps Robert Theodore Jeffers IV

Zgodnie z rzeczonym rozkazem, pod moim dowództwem przeprowadzono misję patrolową. Zdecydowałem, że wystarczający będzie oddział w sile jednej drużyny powiększony o grupę dowódcza, w składzie której, prócz mnie znaleźli się radiotelegrafista Clay Denisson oraz sgt Frank Neuman, dodatkowo przydzielono nam kaprala AVRN Dingh Duc Tranh jako tłumacza.

Do Thuong Duc dotarliśmy zgodnie z planem. Miejscowi okazali się być chętnyni do współpracy, dzięki nim uaktualniono naszą mapę oraz uzyskano wiedzę na temat mniejszych osad na szlaku patrolu oraz możliwych lądowisk dla helikopterów. Po noclegu w miejscowej szkole wyruszyliśmy o świcie. Po kilku godzinach marszu miał miejsce przykry wypadek - jeden z żołnierzy idących na szpicy wpadł w zastawiona prawdopodobnie przez Vietcong prostą mechaniczną pułapkę, wskutek czego doznał ciężkiej kontuzji stopy. Przy okazji znaleziono w okolicy zamaskowany magazyn, zabezpieczony atrapą miny, najprawdopodobniej służący przemytnikom - zawartość, czyli alkohol i narkotyki zniszczono, dodatkowo zakładając w ich kryjówce minę claymore’a . Pod wieczór dostarczono nam zaopatrzenie, w dodatku helikoptery ewakuowały ranionego w wyżej opisanym wypadku szeregowego Abrahama Browna. W tym miejscu muszę złożyć skargę na indolencję naszych zaopatrzeniowców, którzy pomylili nasz patrol z jakimś koedukacyjnym oddziałem artylerii, dostarczając pociski do haubic i prezerwatywy zamiast amunicji i żywności. Na szczęście interwencja drogą radiową spowodowała dostarczenie tym razem właściwej przesyłki w dniu następnym. Po zabezpieczeniu obozu przenocowaliśmy nad rzeką. Nocą miał miejsce zabawny wypadek, który podniósł morale naszych żołnierzy - wartownik, strzelec wyborowy Joe Sanchez położył tygrysa! I to jedną kulą!

Wyruszyliśmy godzinę przed świtem i zgodnie ze słowami miejscowych przy rzece znaleźliśmy mała wioskę, nie zaznaczoną na naszych mapach, znajdował się tam również prom. Ludność była nastawiona raczej przyjaźnie. Podczas przeprawy o mały włos nie doszło do tragedii – jacyś idioci z PBR urządzali sobie wyścigi na nartach wodnych, wskutek czego przewrócono nasz prom, straciliśmy zapasowe baterie od radia, a jednego z żołnierzy ocaliła od utopienia się tylko moja interwencja. Koło południa dostarczono nam, tym razem już właściwe, zaopatrzenie, wraz z bateriami do radia. Na tym skończyły się nasze kłopoty z transportem, podczas misji wszystko przebiegało od tej chwili sprawnie. Kontynuując marsz, już bez przeszkód, trzeciego dnia natrafiliśmy na kolejna osadę. Wkroczyliśmy do niej podzieleni na 2 grupy, zabezpieczani przez snajpera i rozmieszczone KM. Ostrożność nie okazała się zbędna, podczas przeszukiwania wioski w jednym z magazynów niezidentyfikowany mężczyzna, sądząc, po znalezionych przy nim rzeczach, komunistyczny aktywista, rozerwał się granatem przy okazji zabijając szeregowego Billa Ferdinanda. Mieszkańcy wioski byli nastawieni wrogo, sama osada zdawała się być przesiąknięta wpływami Vietcongu, przeto zalecam przesiedlenie mieszkańców. Czwartego dnia, pod wieczór, dotarliśmy do końcowego punktu naszego patrolu - wioski Ain Yin Young. Przed wejściem podzieliłem oddział na dwie grupy, jedną pod moim dowództwem, z którą miałem zamiar wejść do osady. Komendę nad drugim składem objął sgt Neuman, w ukryciu zabezpieczając ewentualna drogę ucieczki komunistycznych elementów w stronę granicy z Kambodżą. Zaraz po wejściu w obręb zabudowań podbiegł do nas Francuz, lekarz z misji humanitarnej Alain Clermont. Jego córka została zatrzymana przez Vietcong jako zakładniczka w szpitalu, lekarza wysłano by uspokoił nas i nakłonił do zrezygnowania z poszukiwań w wiosce. Pan Clermont lojalnie poinformował nas jednak o wszystkim, podając przybliżoną liczebność oddziału oraz prawdopodobny punkt rozmieszczenia wrogiego KM. Wówczas zadecydowałem, że nie będę szturmował wioski, lecz spróbuje podstępu. Zażyczyłem sobie spotkania z miejscowymi władzami oraz zasugerowałem, że w zamian za łapówkę odstąpię od przeszukania wsi, ufając w poręczenie Francuza. Otrzymane narkotyki zniszczono. Moja grupa rozbiła obozowisko poza wsią, na skraju dżungli. Powierzyłem dowodzenie kapralowi Edwardowi Harrisowi, sam udałem się do ukrytej drugiej części oddziału. Postanowiliśmy, sądząc ze w nocy Vietcong spróbuje wycofać się w kierunku granicy, zastawić pułapkę na tej trasie. Moje przypuszczenia okazały się słuszne. Nocą, przy pomocy, znalezionego w pomyłkowej dostawie, noktowizora udało się zauważyć grupę uzbrojonych postaci, wymykających się ze wsi. Całość oświetlono flarą, nawiązano walkę ogniową. W sytuacji, gdy wróg wycofał się w kierunku chat poprowadziłem ludzi do szturmu. Doszło do walki przy użyciu granatów, komunistyczny RPG(?) trafił w jedna z chat zabijając znajdujących się w środku cywilów. Jako że oddział Harrisa, poinformowany o planie wkroczył do wsi z drugiej strony, sytuacja wroga stała się wręcz beznadziejna. Komuniści stawiali jednak zaciekły opór, wiele zawdzięczamy naszemu snajperowi, jak i sierżantowi. Największą brawura i odwagą w obliczu wroga wykazał się jednak szeregowy, grenadier Ryan Giggs, który w heroicznym starciu ogłuszył jednego z przeciwników kolbą od M79, biorąc go do niewoli. Był to zresztą jedyny jeniec. Co najważniejsze, nie mieliśmy strat, żaden Marine nawet nie został ranny. Zabito 17 komunistów, zdobyto wiele broni, w tym CKM i granatniki. Córkę doktora Clermonta znaleziono całą i zdrową w szpitalu. Wioska jest ewidentnie bazą zaopatrzeniową dla Vietcongu, zalecam jej likwidacje i przesiedlenie ludności. Po walce i przeszukaniu wsi wycofałem żołnierzy kilka mil dalej, tam odpoczęliśmy i ta samą trasą powróciliśmy bez przeszkód do Thuong Duc. Na tym zakończyła się nasza misja.

Ogólne straty patrolu – jeden zabity, jeden ranny Chciałbym, korzystając z przysługujących mi uprawnień, nominować szeregowego Giggsa do odznaczenia.

                                             podporucznik USMC
                                               Robert Theodore Jeffers IV

2.2  Deszczowy dzień - raport z drugiej sesji Tour of Darkness.

Od MG

Nie będę ukrywał, że po sesji czułem, że mogło być lepiej. Z pierwszą częścią chłopaki uporali się w mig. Liczyłem na klimatyczną walkę karate ala kiepskie filmy wideo z lat 80, moi gracze jednak poszli w realizm i załatwili sprawę przy pomocy pistoletów. Na tej sesji po raz pierwszy mieliśmy okazję wypróbować mechanikę dużych starć w SW (Mass Battles). Nie wyglądało to dobrze. Jest ona tak prosta, że kilka rzutów załatwia sprawę. Zero dramatyzmu.

Końcowa potyczka w konwencjonalnej mechanice zajęła nam sporo czasu i zakończyła się masakrą VC. Właściwie nie powinienem być zdziwiony. Partyzanci mają żałosne współczynniki i nie mają szans w otwartym starciu. Najbardziej zabójcza była artyleria kierowana przez sierżanta Neumana (Olom) i claymory rozstawione przez BG. Dodatkowo okazało się, że postać Snajpera nie najlepiej nadaje się do gry. Całe starcie trwało chyba ponad godzinę (ok 50 figurek, wsparcie artyleryjskie, broń ciężka) – 4-5 tur czasu gry. W tym czasie snaper oddał dwa (celne) strzały. Gracz się zwyczajnie nudził i trudno mu się dziwić. Jednym słowem muszę się poprawić.

Dzięki niesamowitemu talentowi Kretusa okazuje się jednak, że sesja nie był taka zła. Nieźle się czyta. Zobaczcie sami.

Autor: Kretus

Drogi Braciszku!

Piszę ten list na kolanie gdzieś w środku jakiejś chrzanionej dżungli. Wokół mnie słychać jęki rannych, wrzaski żywych i skwierczenie dopalających się czołgów. List ten postaram się przekazać jakiemuś znajomemu pilotowi helikoptera, który przez kumpli z zaopatrzenia przekaże go do Stanów. Nie chcę żeby cenzura pozbawiła Cię większości zabawy. Będziesz miał przy okazji porównać moje działania z tym czego was uczą w Akademii. Ale może zacznę od początku.

Po powrocie z mojego pierwszego samodzielnego patrolu oddział dostał wolne. Zakwaterowali nas w bazie w jakimś miasteczku którego nazwy nie jestem nawet w stanie wymówić. Wiesz jak wygląda “wypoczynek” w przypadku wojskowych.

Ci którzy siedzieli w bazie chlali i ćpali na potęgę, zaś ci szczęściarze, którzy dostali przepustki, włóczyli się po barach i chadzali na dziwki. Morale w całym naszym wojsku jest fatalne. U mnie w plutonie jeszcze nie jest tak źle, sierżant “Rzeźnik” Neuman trzyma chłopaków krótko, ale podobno w niektórych kompaniach oficerowie boją się sami chadzać między żołnierzy, aby im nikt noża między żebra nie wpakował.

Ja też cieszyłem się życiem (kto wie ile mi go jeszcze zostało) w licznych, wyrosłych niczym grzyby po deszczu knajpkach (a deszcz potrafi tu padać pół roku). No i pewnego dnia kiedy jadłem tutejszy przysmak (bałem się zapytać co to było- szczur albo pies i grzyby w sosie z ryżem) nagle ktoś wystrzelił z pistoletu. Nikt nie zdążył nawet zareagować, ja zobaczyłem tylko jakiegoś Charliego wybiegającego z knajpki, a przy stoliku w kącie pozostał jakiś porucznik (?) ARVN z rozchlapanym na cienkiej bambusowej ścianie z mózgiem. Wybuchła panika. Dwóch moich ludzi pobiegło za zabójcą, ja tymczasem starałem się zaprowadzić porządek w knajpie. Zabroniłem komukolwiek wychodzić, kazałem powiadomić żandarmerię. Jakież było moje zdziwienie kiedy po kilku sekundach (dosłownie!) do lokalu wparowało kilku smutnych Azjatów w takich śmiesznych pedalskich strojach. Jeden z nich jakby nigdy nic podlazł do trupa i wyrwał z jego stygnących ramion teczkę z dokumentami, którą zmarły kurczowo trzymał przy sobie. Kazałem się im zatrzymać, nie zareagowali oczywiście. Kilku z nich skoczyło do mnie wymachując śmiesznie rękami i nogami - no wiesz, te ich sztuki walki, ale szybko zatrzymali się jak wmurowani w ziemię. Nie wiem co na nich podziałało bardziej deprymująco - widok pistoletu w mojej prawej dłoni czy dziadkowej szabli w lewej. Niestety ten z teczką zaczął zwiewać przez kuchnię. Nawet strzał ostrzegawczy nie podziałał, a nie mogłem ot tak sobie zastrzelić kilku zasłaniających go “przybocznych”- ci bowiem stali sobie nieruchomo na linii strzału.

Kilka minut potem do knajpy wparowała żandarmeria i wszystkich aresztowała. Ignoranci i imbecyle, kiedyś jeszcze dobiorę się im do tej części ciała którą zwykle myślą (i nie chodzi mi bynajmniej o mózg). Po kilku godzinach w przytulnej, nawet dość czystej celi (bycie oficerem ma swoje dobre strony) zostałem grzecznie, aczkolwiek w sposób nie znoszący sprzeciwu, zaproszony na rozmowę z jakimś ważniakiem. Jegomość przedstawił się bodajże jako Smith czy Brown (różnica niewielka), i zaczął zadawać pytania na temat zajścia. Na mundurze nie miał żadnych oznakowań, myślę że był z Sił Specjalnych albo wywiadu wojskowego. Widząc, że nie bardzo mu pomogę pożegnał mnie i kazał dać znać jeśli się czegokolwiek dowiem na ten temat. Potem szybko mnie wypuszczono - nasza jednostka ruszała w bój.

W drodze do bazy dowiedziałem się kilku interesujących rzeczy. Do tej samej ciężarówki, którą mnie wieziono wpakowywano wielu naszych ludzi którzy mieli nieszczęście wpaść w łapy żandarmów. Wśród nich była i owa dwójka która ścigała zabójcę- grenadier Giggs i strzelec wyborowy Sanchez. Drań uciekł na łódkę, która wraz z kierowcą czekała nań przy rzece. Moi żołnierze zarekwirowali jakąś motorówkę i zaczęli go gonić. Nie trwało to zbyt długo. Sanchez wypalił kilkakrotnie z pistoletu w stronę motorówki wroga. Musiał trafić w silnik albo w bak, bowiem łódź eksplodowała. Jeden z jej pasażerów zginął – nie wiemy czy był to zabójca czy jego kierowca. W każdym bądź razie cała trójkę szybko zgarnęła żandarmeria. W bazie czekała na mnie jeszcze jedna niespodzianka. Otóż szukający nas po mieście sierżant Neuman dowiedział się że jesteśmy w knajpie. A że zdziwił go tłum z przodu, postanowił wejść od kuchni. Kiedy tam podchodził wpadł na niego jakiś żółtek, który po zderzeniu najwyraźniej doszedł do wniosku że nasz sierżant ma wobec niego wrogie zamiary. A że Frank to nie ułomek- więc charlie szybko padł nieprzytomny zaś nasz sierżant zarekwirował mu – no właśnie- jakąś teczkę. W pośpiechu przejrzeliśmy jej zawartość, były tam głównie zdjęcia lotnicze. Frank twierdzi że to Laos, ja myślę zaś że to delta Rodanu. Pamiętasz, byliśmy tam na wakacjach jakieś 3 lata temu u tego znajomego taty (rzuciłem krytyczny pech, przyp. Andy). Po diabła im mapy tamtych terenów? Może chcą się zemścić na jakimś oficerze legii cudzoziemskiej? Któż to może wiedzieć. Ale cóż, czas już był wsiadać do helikoptera.

W miarę szybko przerzucono naszą kompanię na jakieś pokryte dżunglą wzgórza. Okazało się że rozpoznanie oczywiście szwankuje, nikt nie wiedział o co chodzi. Przed nami były jakieś bunkry, chyba Vietkongu. Kazałem chłopakom się okopać, a jedną drużynę pod dowództwem sierżanta Harrisa wraz z drugą radiostacją wysłałem na niewielkie wzgórze na naszej lewej flance. Kiedy zaczęliśmy się jako tako orientować w sytuacji rozpętała się burza. “Stary” zdążył mi tylko przekazać że załatwił nam wsparcie czołgów ARVN, po czym w jego helikopter trafił piorun. Niech to szlag. Dymiąca maszyna zaczęła spadać gdzieś za liniami wroga. Wówczas przejąłem dowodzenie. Zmuszono mnie do wpakowania się w drugi helikopter, musiałem więc zostawić mój pluton pod komendą sierżanta Neumana. Trochę bałem się latania tym małym świństwem, zwłaszcza po tym co spotkało mojego dowódcę. Na szczęście burza szybko mijała. Zamówiłem wsparcie moździerzowe i kilka minut później patrzyłem sobie z góry na fruwające deski i ziemię. Chłopcy z artylerii nieźle wstrzelili się w bunkry. W międzyczasie nasze dwa plutony korzystając z ukrycia podchodziły w kierunku wzgórz. Osłonięci przez teren czekali na czołgi. No i czołgi ARVN w końcu nadjechały - wszystkie trzy! Miałem piekielną ochotę kazać piechocie atakować korzystając ze wsparcia pancernego. Przedtem jednak postanowiłem skontaktować się z Harrisem, czy może odkrył jakąś możliwości oskrzydlenia pozycji wroga. Radio Harrisa milczało. Szybki rekonesans przeprowadzony przez Neumana potwierdził najgorsze. Dżungla po lewej roiła się od żółtków, po ludziach Harrisa ani śladu. Pluton szybko rozstawił miny claymore'a. Dodatkowo kazałem pozostałym plutonom oddelegować po jednej drużynie do obrony lewej flanki. Czołgi tymczasem wdały się w pojedynek ogniowy z okopaną w bunkrach artylerią- i pojedynek ten przegrały. Okazało się że ostrzał artyleryjski, choć celny, nie wyrządził większych szkód. Dwa czołgi zostały zniszczone, zaś załoga trzeciego uciekła. Moi ludzie groźbą natychmiastowego rozstrzelania zmusili ją do powrotu do unieruchomionej maszyny. Tymczasem na lewej żółtki zaatakowały. Mogłem tylko wsłuchiwać się w rozpaczliwe wrzaski naszego radiotelegrafisty. Nawet zrzucenie napalmu przez myśliwiec, którego udało mi się wyżebrać od sztabu, niewiele dało. Przez chwilę zamierzałem rozkazać pilotowi helikoptera przelecieć nad koroną drzew i obrzucić atakujących granatami. Nasi ludzie utrzymali się, wróg został odepchnięty, jednak ponieśliśmy spore straty. Niewiele zostało z mojego plutonu. Podjąłem jeszcze próbę kontrataku na bunkry jednak okopany tam Vietcong trzymał się tam mocno.

Po wszystkim okazało się że atakowała nas kompania (?) regularnej armii północno wietnamskiej. Szybki rekonesans helikopterem pozwolił odnaleźć miejsce, w którym spadł helikopter “Starego”, jednak ostrzał zmusił nas do odwrotu. Teraz musze jakoś zebrać ludzi, wezwać uzupełnienia, no i znaleźć swojego dowódcę o ile ten jeszcze żyje.

Najbardziej niepokoi mnie jednak los Harrisa. To dobry żołnierz, zapowiada się na wspaniałego oficera. Rozsądek każe mi podejrzewać jednak najgorsze. Harris i jego drużyna najprawdopodobniej nie żyją – zginęli wykonując mój rozkaz, lecz przez to, przypadkiem ocalała reszta kompanii.

Na tym kończę braciszku. Pozdrów rodziców i kumpli z Akademii. Zapewne z niecierpliwością oczekujesz na koniec nauki i dzień, w którym będziesz mógł do mnie dołączyć tu, w Wietnamie. Powiadam Ci, nie ma się do czego spieszyć. Obawiam się że może to być mój ostatni list, ale nie spocznę póki nie znajdę “Starego” - żywy nie może wpaść w ręce wroga. Postaram się by w razie mojej śmierci dostarczono Ci szablę naszego pradziadka.

Twój kochający brat
Podporucznik (2nd lieutant) U.S. Marine Corps
Robert Jeffers IV

2.3  Na ratunek - trzecia sesja ToD

Po zakończeniu drugiej sesji Tour of Darkness dowiedziałem się od graczy, że chcieliby pobawić się w siły specjalne. Nie byłem jeszcze gotów na prowadzenie kampanii o siłach specjalnych, ale nadarzyła się doskonała okazje dla misji specjalnej na tyłach wroga. Oczywiście historycy zżymaliby się czytając scenariusz, ale w naszej kampanii nie przejmujemy się zanadto realizmem. Dlatego też oddział graczy został wysłany za linię demarkacyjną w celu odbicia pojmanego przez VietCong oficera marines. Sesja wyszła całkiem niezła. Popełniłem parę błędów – np. niedocenienie mobilności marines wyposażonych w helikoptery. W sumie jednak dobrze mi się prowadziło i z pewnością zakończenie sesji wyszło całkiem widowiskowo.

Mapa obozu została wykonana przez moją nieocenioną żonę. Chciałbym jej w tym miejscu gorąco za nią podziękować.

Kochany Braciszku!

Autor: Kretus

Piszę do Ciebie kolejny list, jeśli dotarł, to znaczy że znów udało mi się ominąć cenzurę. Pamiętasz, na czym ostatnio skończyłem? Na bitwie z Vietkongiem, podczas której daliśmy komuchom solidnego łupnia, sami niewiele mniej oberwaliśmy, a w dodatku kapitan Mayers dostał się do niewoli.

Po powrocie do bazy nie pozwolili nam odpoczywać. Generał Frank Maddog uważa, że wrzeszczenie na podkomendnych to najlepszy sposób, by ich do czegoś przekonać lub zmobilizować. Szybko wyznaczył mi nowe zadanie – natychmiastowa akcja ratunkowa ! Nasz zwiad helikopterowy doniósł, że w jednej z grup uciekającej w stronę granicy, znajdują się amerykańscy jeńcy. Uzupełniliśmy więc amunicję, zebrałem wszystkich moich ludzi, który byli w stanie walczyć, i polecieliśmy.

Po wylądowaniu napotkaliśmy... staruszka uzbrojonego w 2 kije. Tłukł nimi o siebie, to chyba jakiś „system wczesnego ostrzegania” a la Charlie. Nie wiedziałem, co z dziadkiem zrobić. Zostawić za sobą go nie mogłem, związać go i porzucić równało się wyrokowi śmierci. Dałem więc szablę temu antykomunistycznemu świrowi Sanchezowi – on na szczęście wiedział, co robić. Z uczuciem, że właśnie popełniłem zbrodnię wojenną, ruszyłem by przeciąć drogę żółtkom. Założyliśmy ufortyfikowany obóz, i czekaliśmy. Na szczęście przyszło mi do głowy by wysłać O’Harę na zwiad. Oczywiście żółtki nas wyprzedziły, i zwiały Bóg wie gdzie.

W tej sytuacji sztab skierował nas do jakiejś tajnej bazy Sił Specjalnych, położonej przy granicy z Kambodżą. Nie podobało nam się tam. Nie wiem co ci komandosi mają w jadłospisie, ale na pewno nie wpływa im to dobrze na zdrowie. Po kilku dniach dotarły do nas nowe rozkazy. Już wtedy zdałem sobie sprawę, że coś jest nie tak...

Mieliśmy udać się do byłej strefy zdemilitaryzowanej, zaatakować przejściowy obóz jeniecki, odbić Mayersa i zwiać do czekającej na nas łodzi podwodnej. Miał nam w tym pomóc niejaki Shaftoe z Navy Seals. Tak, dobrze braciszku słyszałeś – tyle zachodu dla jednego kapitana !

Zgodnie z rozkazem, przerzucono nas w pobliże strefy. Dalej musieliśmy maszerować. Wkrótce otrzymałem informację, że Shaftoe przybędzie na paralotni. Zostawiłem sierżanta Neumana z ludźmi by obserwowali obóz, a sam udałem się „na nocne spotkanie z Batmanem”. Moim żołnierzom spodobał się żart, bo oczywiście sposób przybycia sierżanta Navy Seals zachowałem w tajemnicy.

Szkic obozu dołączam do listu na oddzielnej karcie. Jak widzisz było ciężko, zwłaszcza że podejrzewałem (jak się później okazało słusznie), iż okolice drucianego ogrodzenia są zaminowane. W każdym bądź razie, oświadczyłem ludziom, że o świcie wejdę przez bramę machając szabelką, i wyznaczyłem każdemu zadanie. Shaftoe i Giggs mieli przejść przez pole minowe i przeciąć druty, Sanchez ubezpieczał nas z dystansu. Ja z resztą ludzi mieliśmy wysadzić bramę przy użyciu LAW, potem kontynuować natarcie. Jeden z naszych żołnierzy miał odciąć antenę nadajnika radiowego i przejąć ciężarówkę zaparkowaną obok. Gdyby mu się to nie udało, ubezpieczający nas dwaj ludzie z M60 powinni zniszczyć maszt przy użyciu LAW.


Mapa obozu jenieckiego

No i o świcie ruszyliśmy. Wprawdzie Giggs i Shaftoe wkradli się do obozu, ale szybko ich zauważono i przygnieciono ogniem. Na szczęście Giggsowi udało się zniszczyć okop z moździerzem przy pomocy granatnika. Po wysadzeniu bramy dostaliśmy się pod ostrzał, lecz odłączyliśmy antenę. Mój pododdział miał duże straty. Kiedy Sanchez zdjął CKM na wieżyczce, sierżantowi Neumanowi i mnie udało się wbiec do jednego z budynków. Vietnamcy zamknęli się w murowanym domku, i obrzucali nas granatami. Dzięki solidnej osłonie skończyło się na skaleczeniach. Za to komuchom „sprzedałem” ostatniego LAW-a. Na tym jednak się nie skończyło – w drugiej części obozu Charlie zamordowali kilku jeńców, oraz zamknęli się w swoim baraku. Poddać się nie chcieli – mimo że obiecałem im życie. No cóż, Siły Specjalne jeńców nie biorą – a tylko one zapuszczają się tak daleko. Musieliśmy więc zmarnować trochę więcej amunicji do M60.

Mayersa na miejscu jednak nie było. Właściwie jeńcy to sami MARVINi – ale byli tam Harris i jego ludzie. Bardzo się ucieszyłem na ich widok. Mój były podkomendny powiedział, że kapitan był przetrzymywany w podziemnym bunkrze. Wpuściłem tam Giggsa. Udało mu się znaleźć nieprzytomnego Myersa, ale mój grenadier bełkotał coś o ciemności, ucisku w głowie i demonach piekielnych. W końcu i jemu zaczyna odbijać – a myślałem, że jest na to za głupi!

Niestety na ciężarówce nie było wystarczająco dużo miejsca. Kazałem więc dwóm czarnuchom z oddziału Harrisa zwiewać samodzielnie. Nigdy za nimi nie przepadałem, ale chyba w ten sposób skazałem ich na śmierć. Jest to o tyle smutne, że dziś nawet nie pamiętam, jakie nosili imiona. Giggs oczywiście powiedział, że on pójdzie z nimi na ochotnika. Jakbym szukał kogoś do wykrywania min przy użyciu nogi, to tez by się pewnie zgłosił. W każdym bądź razie do łodzi podwodnej wsiedliśmy niemalże na oczach ścigających nas komuchów.

Cała ta draka skończyła się happy endem. Straciłem trzech ludzi, ale odzyskałem czterech i Myersa. Skandaliczne jest to, że ani ja nie otrzymałem awansu, ani moi ludzie niewątpliwie zasłużonych odznaczeń. Przypuszczam, że ktoś na górze robi mi koło d..y od tej afery z teczką... tandeta braciszku, tandeta...

Mam nadzieję, że jeszcze uda mi się podrzucić Ci jakieś nieocenzurowane informacje. Ucz się pilnie, i do Vietnamu się nie spiesz...

Twój kochający brat

2.4  Zapiski po "Wyspie Potępionych"

Autor: Kretus

Kochany Młodszy Bracie

Jeśli otrzymałeś ten list, oznacza to, że kolejna z moich przesyłek ominęła wojskową cenzurę. Wiem, że wysyłając informacje tą drogą ryzykuję trochę, ale chcę Ci przekazać prawdziwą, niezafałszowaną wersję tego, co się dzieje w Wietnamie.

Przede wszystkim, po aferze z obozem jenieckim i teczkami, ktoś bardzo dbał o to, by mi się nie nudziło. Moja jednostka dostawała najgorsze, nużące i niebezpieczne zadania. Nie odsyłano nas na tyły, wciąż pozostawaliśmy w służbie bez jakiegokolwiek odpoczynku. Miłą niespodzianką okazał się list od kapitana Mayersa (tego, którego odbiliśmy z obozu jenieckiego) – pragnął on stworzyć jednostkę specjalną nawiązującą do tradycji marine raiders. Mój znakomity oddział był brany pod uwagę jako potencjalni członkowie. Problemem mogło być tylko dożycie do planowanego czasu uformowania jednostki. Tak na marginesie, obawiam się, że pobyt w tym mrocznym bunkrze w strefie zdemilitaryzowanej wpłynął bardzo źle na psychikę kapitana. Umieszczone w liście zdania o walce toczonej z siłami wcielonego zła świadczą o tym najlepiej.

W międzyczasie dowództwo znalazło nam nową, wspaniałą rozrywkę. Mieliśmy namierzyć i schwytać, działającego wśród wieśniaków, agenta NVA. To dobry sabotażysta, szpieg, i lider doraźnie tworzonych grup partyzanckich. Wieśniacy nazywali go „ognistym ptakiem”. Po dość długim czasie udało mi się. Złapaliśmy szpiega praktycznie bez walki. Rozmawiając z nim, odniosłem wrażenie, że to inteligentny, wykształcony człowiek wierzący w słuszność tego, co robi. Nienawidzę takich sytuacji. Nie przyjechałem tu łapać szpiegów, tylko walczyć z uzbrojonym i umundurowanym wrogiem.

Nagrodą za wykonanie zadania miało być wycofanie naszego oddziału na tyły. Tym razem dowództwo w końcu dotrzymało słowa. Po krótkim pobycie w bazie, mieliśmy zostać skierowani do służby garnizonowej na wyspie Tryton. A oto oficjalny opis wyspy, prosto z wojskowych papierów:

Tryton to wyspa należąca do archipelagu Paracel. Znajduje się na niej niewielka wojskowa baza składająca się z kilku baraków, bunkra dowódczego i składu amunicji. Stacjonuje tam 30 ARViNów. Mają oni do dyspozycji dwie haubice 105mm zapewniające wsparcie ogniowe na terenie wyspy. Baza służy ochronie stacji radarowej, umieszczonej na wzgórzu jakieś 500 metrów od garnizonu. To grupa niskich, zamaskowanych siatką i obłożonych workami z piaskiem blaszanych budynków. Szereg anten i masywny talerz umożliwiają komunikację z lądem i okrętami. Na stacji pracuje kilku amerykańskich techników. Kilkanaście metrów od radaru znajduje się stacja radiowa i spalinowy generator prądu. W ziemi, w czymś w rodzaju bunkra, wkopany jest zbiornik paliwa. Wietnamscy żołnierze pełnią warty wokół stacji i trzymają w gotowości dwa działka przeciwlotnicze. Oprócz tego na wyspie znajduje się jeszcze miasteczko Roun Goa, ewakuowane po zainstalowaniu radaru, kilka mniejszych, rozproszonych po dżungli osad, oraz stary, francuski cmentarz z zabytkową kaplicą.


Mapa Wyspy

Podczas wyjazdu z bazy mieliśmy niezły ubaw. Otóż sam John Wayne odwiedził nasz oddział. Życzył nam szczęścia i takie tam. Już kiedyś go spotkałem, na polowaniu kilka lat temu. Pamiętasz, opowiedziałem Ci jak o mały włos sam się nie postrzelił. W każdym razie większość moich ludzi dostała zapalniczki z napisem „jebać komunizm”. A mi dzielny Dżon Łajno powiedział, żebym uważał na tych z mieczami. Wojny się biedaczkowi pomyliły...

Zostawmy jednak zdziadziałego Johna. Okazało się, że na wyspę musieliśmy dotrzeć drogą morską. Podróż na statku była dość wesoła. Jakiś miejscowy mistrz boksu wyzwał „Glacę” Giggsa na pojedynek. Brutalna siła i niezwykła wytrzymałość grenadiera zatriumfowały nad techniką i umiejętnościami marynarza. Moi ludzie wygrali na zakładach parę dolców.

Po przybyciu na wyspę okazało się, że nici z urlopu w tropikach. Spotkany na molo porucznik Korpusu Marines – James Alexander - dowódca oddziału, który luzowaliśmy, ostrzegł mnie, że kapitan ARVNów to sadysta, ludność jest wrogo nastawiona, zaś morale wietnamskich żołnierzy niskie.

Pozostawiłem jedną drużynę w porcie – miała być codziennie zmieniana, a kilkukilometrowy marsz powinien zadbać o to, by żołnierze nie stracili sprawności fizycznej. Baza i stacja okazały się zupełnie takie, jak w opisach wyspy. Nikt jednak nie wspomniał o kapitanie Singh Ngoe – nerwowym, niekompetentnym i sadystycznym oficerze wspaniałej i niepokonanej armii Wietnamu Południowego. Uwolniwszy się od towarzystwa tego nadzwyczaj nieuprzejmego człowieka, kilka następnych dni spędziłem na podróżach jeepem po wyspie. W jednej z wiosek zobaczyłem, jak kapitan traktuje swoich rodaków – na wielkiej szubienicy wciąż wisiały zgniłe ciała „komunistycznych zdrajców”. Kazałem ich pochować, o co Singh gwałtownie się ze mną pokłócił. No cóż, nas, Marines, nikt nie uczy, że terror to najlepsza metoda kontrolowania społeczeństwa. Oprócz tego zauważyłem, że chyba w okolicach roku 1945 wyspa była miejscem zażartych walk między Francuzami, a Wietnamcami (a być może Japończykami?). Świadczyły o tym spalone wraki ciężarówek, groby na kolonialnym cmentarzu, i zrujnowany hotel – w którym, o dziwo, znaleźliśmy ślady obecności szpiega! Zabraliśmy z jego kryjówki baterie od radia i zostawiliśmy minę. Zaczailiśmy się też w okolicy. Wróg jednak był za sprytny by dać się złapać w tak prosty sposób.

Na pewno nie zdziwi Cię fakt, że sierżant Neumann jak zwykle znalazł źródło alkoholu. Okazało się, że technicy ze stacji pędzą niezły bimber. Ich szef, John Shellman zrobił na mnie wrażenie oderwanego od rzeczywistości jajogłowego. Duży wpływ na to miały zapewne jego okulary, grube jak denka od słoików.

Po kilku dniach buszowania ARVNów po wyspie, kapitan Singh poprosił mnie o użyczenie marines do zlikwidowania namierzonego szpiega. Chętnie się zgodziłem i po kilkudziesięciu minutach biegania po dżungli dorwaliśmy drania. Długo nam uciekał, ale w końcu zapędziliśmy go w ślepy zaułek na wzgórzach. Próbował się bronić. Nawet nie wiem, kto go zastrzelił - pewnie Sanchez, bo wydrapał na kolbie swej snajperki kolejną rysę oznaczającą komucha.

Dzień później na wzgórzu z radarem rozpętało się piekło – dosłownie. Wybuchł zbiornik z paliwem. Cały garnizon z przerażeniem obserwował eksplozję i uciekających do bazy ludzi. Wśród nich był, wrzeszczący coś i machający pistoletem, Shellman. Technik strzelił kilkakrotnie do uciekającego przed nim żołnierza ARVN, zabijając go na miejscu. Wobec całkowitego zagubienia kapitana Singha poprowadziłem krótkie śledztwo. Shellman twierdził, że zabity był komunistycznym zdrajcą, który wysadził zbiornik z paliwem. Kazałem przejrzeć rzeczy zabitego, ale nic tam nie znalazłem. Jego najbliższy przyjaciel zaprzeczał jakimkolwiek powiązaniom nieszczęsnego ARVNa z komuchami. Twierdził za to, że żołnierz miał jakieś podejrzenia co do Shellmana, którego czasem widywał przy radioodbiorniku poza godzinami pracy. Chciałem znów porozmawiać z okularnikiem, lecz ten zniknął kradnąc jeden z jeepów. Pościg nie przyniósł efektu, a w dodatku moi żołnierze zauważyli łodzie motorowe pełne desantujących żołnierzy armii Wietnamu Północnego.

Jak możesz się domyślać to nie byli zwykli zjadacze pędów bambusa odziani w pidżamki. Szybko doszedłem do wniosku, że jeśli armia wietnamska zdecydowała się na atak, to musi być bardzo pewna siebie. Dlatego też obrona bazy nie miała najmniejszego sensu, należało się jak najszybciej ewakuować. Singh wprawdzie twierdził, że obronimy się, ale ja nie chciałem czekać na pewną śmierć. Posłałem oddziałowi z portu wiadomość, żeby szybko zorganizowali coś, na czym da się odpłynąć, i przygotowali ostatni punkt obrony w miasteczku. Po tym zabrałem swoich ludzi z bazy.

Obrona bazy zakończyła się zupełną katastrofą. Nie pomogło nawet wsparcie helikopterowe. W dodatku jedna z maszyn wsparcia spadła poza liniami wroga. Ocalała załoga wzywała pomocy przez radio – niestety nie byliśmy w stanie im pomóc. Za to ogniem z flanki zaatakowaliśmy i zniszczyliśmy jeden z komunistycznych oddziałów atakujących bazę. Wkrótce po tym musieliśmy ile sił w nogach uciekać, gdyż wróg próbował przygnieść nas ostrzałem artyleryjskim. Byliśmy już blisko portu, gdy...

To co teraz napiszę Braciszku, zachował w ścisłej tajemnicy. Nie chcę, żebyś wziął mnie za wariata, choć sam zaczynam mieć wątpliwości odnośnie własnej poczytalności. Z drugiej jednak strony im częściej myślę o tym, co się wydarzyło, i im więcej czasu upłynęło od tej nocy – tym bardziej wierzę, że cały oddział uległ jakiejś zbiorowej halucynacji. Być może natrafiliśmy na jakiś zabłąkany patrol NVA lub ARVN, który wycofał się szybko zabierając swoich zabitych. Z drugiej jednak strony, zaczynam czuć, że w tej wojnie jest coś ... nienaturalnego. Być może słowa Mayersa o walce z siłami zła nie było tylko pustym gadaniem oficera po przejściach.

W każdym razie opiszę Ci tą nieszczęsną historię. Gdy umykaliśmy przed ostrzałem artyleryjskim, znaleźliśmy się nagle pod ogniem karabinowym od frontu. Uciekać nie było gdzie, z tyłu ścigali nas ARV. Nie miałem innego wyjścia, niż poprowadzić ludzi do szaleńczej szarzy w stylu prosto spod Verdun czy Sommy. Na szczęście przed pozycją wroga znajdowało się kilka wysokich głazów, za którymi znaleźliśmy osłonę. Obrzucając granatami ukrytych na krawędzi lasu obrońców, wyraźnie słyszałem wykrzykiwane po francusku rozkazy. Dałbym głowę, że zdjęliśmy przynajmniej kilku. Kiedy wreszcie część z moich ludzi, prowadzonych przez sierżanta Neumana dostała się do lasu, nie znaleźliśmy przeciwnika. Zobaczyliśmy tylko kilkanaście krzyży i grobów, w których pochowano żołnierzy legii cudoziemskiej. Nasze straty były jednak jak najbardziej realne, mieliśmy zabitych i rannych. Sam oberwałem kilkoma odłamkami granatu.

Po owym tajemniczym starciu udało nam się bez przeszkód dotrzeć do portu. Wydawało się, że NVA, po zniszczeniu stacji, nie jest chyba zainteresowane zajęciem wyspy. W każdym razie, gdyby zmienili zdanie, nie bylibyśmy w stanie się obronić. Zapakowałem swoich ludzi na jedyną pływającą łajbę w okolicy. Było tam dość ciasno, więc wyrzuciliśmy wszystko co zbędne. Wkrótce po odbiciu od brzegu otrzymaliśmy eskortę helikopterów.

Teraz, kilka dni po wydarzeniach na Wyspie Trytona mam istny mętlik w głowie. Z jednej strony opuściłem pozycję, której miałem bronić, z drugiej jednak – na co wskazuje szybka likwidacja bazy – ocaliłem swoich ludzi. Wydarzenia przy cmentarzyku wciąż są dla mnie ponurą zagadką. Kilku moich ludzi jest w szpitalu, paru zginęło, pluton utracił sporą część zdolności bojowej. Czekam, aż góra postanowi co z nami zrobić, ciekawe czy dalej Mayers chce nas wziąć do tej jednostki specjalnej.

				Pozdrawiam Cię serdecznie
					twój brat									           R.T. Jeffers

2.5  BIG in Japan

( w przygotowaniu)

Streszczenie scenariusza “Morderstwo”, rozegranego w lecie 2007.

  • Akcja scenariusza rozgrywa się w bazie marynarki wojennej i mieście portowym Yokosuka w Japonii, w październiku 1967r. Postacie graczy zostały przeniesione z Wietnamu do Japonii i oczekują na spotkanie z przedstawicielem nowo tworzonej jednostki Marine Riders.
  • Kapitan Neil Elswick z MR przekazuje oficjalne pismo z rozkazem o awansie porucznika Jeffersa i kaprala Neumanna.
  • Prócz oficera, BG zostają również zapoznani z przedstawicielem wywiadu wojskowego, który przedstawia się jako Kelly Delamore i wypytuje ich o „niewytłumaczalne” wydarzenia, których doświadczyli w Wietnamie. Przekonuje, że należy je brać jak najbardziej poważnie, a dodatkowo, że w samych siłach amerykańskich istnieją elementy (związane z CIA), które najwyraźniej działają na szkodę amerykańskich żołnierzy, uważając, że należy skorzystać z każdej możliwej sposobności pokonania wroga nie bacząc na bezpieczeństwo własnych żołnierzy.
  • BG dostają od gościa z wywiadu zadanie – dowiedzenie się, w czasie jaki pozostał im w Japonii, czegoś o firmie Kazumi Electronics, która jest podejrzewana o handel bronią z Wietnamem Północnym.
  • Kazumi Electronics jest zaangażowana w zamówienia dla Armii i Marynarki, na pozór wszystko jest w porządku.
  • Szczęśliwie dla BG, okazuje się, że w firmie Kazumi pracuje stary znajomy Jeffersa - Christopher Meade. BG umawiają się z nim na kolację w jednej z Yokohamskich restauracji. Kiedy wracają do Yokosuki samochód Meada spada z klifu do morza – z Jeffersem na pokładzie. Jeffers wychodzi z wypadku bez szwanku, lecz jego przyjaciel umiera. Wszystko wskazuje na to, że BG padli ofiarą zamachu.
  • BG są przesłuchiwani przez japońską policję i poznają polskiego misjonarza ks. Witkowskiego, który chce się z nimi spotkać po pogrzebie Meade.
  • Po pogrzebie, kiedy BG udają się na plebanię, dostrzegają dym – w budynku wybuchł pożar. Ratują księdza, który trafia do szpitala.
  • Wizyta w mieszkaniu Meade owocuje informacją, że posiada on dom letniskowy na wyspie w zatoce.
  • W domku znajduje się skrytka z kartami perforowanymi. BG znajdują również miecze samurajskie.
  • Ślady uzyskane przez rozmowę z oficerem japońskiej policji Masuo Akinari wskazują, że Kazumi był agentem Kempete, sekretnej japońskiej służby, w czasie II W. Światowej. Służył w Wietnamie.
  • Uzyskane karty perforowane trafiają do laboratorium komputerowego w bazie marynarki – spora łapówka przekonuje jajogłowego do zainteresowania się tym problemem.
  • Jakoś w tym czasie BG badając Kazumi natrafiają na Wietnamczyka, wychodzącego z obstawą z siedziby firmy. Do złudzenia przypomina on Lanh Duong – dowódcę jenieckiego obozu VII w płn. Wietnamie, którego spotkali jakiś czas temu, kiedy odbili z niewoli majora Mayersa.
  • BG trafiają również na ślad zamachowców - samochód widziany w pobliżu plebani, jak się okazuje trafił do warsztatu ze śladami stłuczki, czyżby zamach na drodze?
  • BG aresztują mechanika, który przyznaje się, że został zmuszony do współpracy, przez yaka z gangu Hashimoto Fuyi. Ten zaś, jak się okazuje, jest znajomym Kazumi jeszcze z czasów wojny, a jego firma Yatanaga Constructions wykonywała wiele zleceń dla Kazumi Electronics.
  • Karty perforowane zostają skonfiskowane przez żandarmerię na rozkaz admirała Thockmortona.
  • Stąd blisko już do sceny końcowej – okazuje się, Yatanaga Constructions remontuje świątynię Shinto, znajdującą się na malowniczych skalnych słupach nad morzem. Tam też, jak dowiadują się BG, udał się pan Kazumi razem z tajemniczym Wietnamczykiem - Lanh Duong.
  • Miejsce jest otoczone przez uzbrojonych strażników, BG przekradają się jednak w pobliże świątyni. Stamtąd dobiegają ich rozpaczliwe wołania o pomoc i krzyki mordowanych kobiet!
  • Japioński policjant udaje się czym prędzej po pomoc, ale BG decydują się nie czekać, lecz ruszyć natychmiast do świątyni aby zapobiec w zbrodniczych poczynaniach Kazumi i jego kompanów.
  • BG skradają się w stronę stojących najbliżej nich strażników i unieszkodliwiają ich bez problemów.
  • Następnie Neumna przechodzi na drugą stronę pod samą świątynię. Jeffers i reszta powoli zbliżają się w jego stronę, kiedy strażnicy dostrzegają ich. Rozpoczyna się walka.
  • Cokolwiek działo się w środku świątyni musiało zostać przerwane. Strażnicy ostrzeliwują BG a Kazumi i reszta wycofuje się w stronę helikoptera. Ziemia zaczyna drżeć a morze burzy się niespodziewanie.
  • Jeffers staje po raz kolejny na przeciw Lanh Duong i natychmiast w jego umyśle przewijają się obrazy nieopisanego okrucieństwa i zła. Zapada w efekcie w szok, ale szybko się z tego otrząsa.
  • Dzięki oddaniu strażników Kazumi, Fuya i Duong uciekają do helikoptera.
  • Policja przyjeżdża, jak zwykle, po wszystkim – Masuo Akinari przekazuje BG informację, że helikopter wylądował na chińskim frachtowcu, który opuścił wody terytorialne Japonii. Wysłana w pościg amerykańska fregata traci z nim kontakt po kilku godzinach na skutek sztormu i niewytłumaczalnych zakłóceń radaru przez nią wywołanych.
  • Dzięki operatywności pracownika laboratorium i pomocy Delamorea BG zyskuja dostęp do odszyfrowanych danych z domu Meade. Wynika z nich, że zbierał on brudy na Kazumi Electronics, która według niego zaangażowana była w handel z Wietnamem Północnym i Chinami z jednej strony, a korupcyjnymi ofertami dla Thockmortona, z drugiej. Meade szantażował Kazumi dostając od niego spore pieniądze. Niestety dla niego do bazy przybyła właśnie komisja z dowództwa Marynarki aby zbadać nieprawidłowości. Zdaje się, że Admirał spanikował i razem z Kazumim zdecydowali się sprzątnąć Meade. Ludzie Fuya odzyskują zeznania Meade, które zostawił u ks. Witkowskiego ale przez ich niekompetencję BG dostają w ręce karty perforowane.
  • BG muszą zdecydować co zrobić z tą wiedzą... Zrobił się naprawdę niezły bigos.

3.  Artykuły

PHP Deprecated: preg_replace(): The /e modifier is deprecated, use preg_replace_callback instead in /home/y/yarri/public_html/pmwiki/pmwiki.php on line 608 PHP Deprecated: preg_replace(): The /e modifier is deprecated, use preg_replace_callback instead in /home/y/yarri/public_html/pmwiki/pmwiki.php on line 609 PHP Deprecated: preg_replace(): The /e modifier is deprecated, use preg_replace_callback instead in /home/y/yarri/public_html/pmwiki/pmwiki.php on line 612 PHP Deprecated: preg_replace(): The /e modifier is deprecated, use preg_replace_callback instead in /home/y/yarri/public_html/pmwiki/pmwiki.php on line 620 PHP Deprecated: preg_replace(): The /e modifier is deprecated, use preg_replace_callback instead in /home/y/yarri/public_html/pmwiki/pmwiki.php on line 624 PHP Deprecated: preg_replace(): The /e modifier is deprecated, use preg_replace_callback instead in /home/y/yarri/public_html/pmwiki/pmwiki.php on line 639