Delta Green

Delta Green to gra wydawnictwa Pagan Publishing, stanowiąca rozszerzenie do gry Call of Cthulhu. Akcja Delty toczy się współcześnie, a motywem przewodnim są spiski, tajne organizacje i walka z istotami "Man should not know". Grać zaczęliśmy jeszcze w 2003 r. kiedy to poprowadziłem firmowy scenariusz "Pupet shows and Shadow Plays", a następnie mojego własnego pomysłu przygodę, która wtajemnicza postacie graczy w sekrety nowojorskiej "Fate". W latach 2005-2006 rozgrywaliśmy grę przez maila (PBM), stanowiący kontynuację Pupet shows and Shadow Plays" - poniżej zamieszczam zapiski z gry, niestety bez edycji, więc wybaczcie chaos. Życzę miłej lektury

Streszczenie Gry

Lipiec 1997 – Sprawa San Carlos – morderca Mangas Colorados zastrzelony przez Henry'ego Kurgana. Ciało i materiał dowodowy skonfiskowany przez wojskowe biuro śledcze CIC (Pod pozorem, że Colorados był dezerterem z Armii) – oficer odpowiedzialny za akcję nazywał się Dan Hindman.

2 września 1997 – pożar na stacji benzynowej przy drodze 375 na północ od Las Vegas. Rozmowa Deckarda z Agentem NSA.

3 września rano – informacja w TV, że za podpalenie stacji odpowiedzialny jest niejaki James Hagan związany z ekoekstremistami z grupy “Dzieci Gai”. Wieczór tego dnia – Chuck Deckard świadkiem morderstwa na Amandzie Smith. Próbował zatrzymać sprawcę ale ten zbiegł pomimo ran postrzałowych. Deckard sądzi, że zabójca wyglądał jak James Hagan ze zdjęć w TV. Zwłoki ofiary poranione w groteskowy i niewytłumczalny sposób. Poszukiwania zbiega nie dają rezultatu. Na miejscu pojawiają się agenci CIC i NSA.

Poranek 4 września – Deckard spotyka się z Agentem FBI, który twierdzi, że zabójca jest zbiegiem z więzienia stanowego.

14 Września – Kurgan spotyka się w Waszyngtonie z panią Green, dziennikarką - wolnym strzelcem.

15 Września – Kurgan wyrusza do Las Vegas

16 Września – Chuck znajduje podsłuch w swoim telefonie. Kolejne dwa dni – śledztwo. W gazetach nie ma wzmianki ani o morderstwie pani Smith ani o pożarze stacji benzynowej. Ani słuchu o Haganie. Udaje się jednak dotrzeć do gazety z 2 września 1997 – jest tam zdjęcie Hagana – wygląda kropka w kropkę jak Hindman.

Ciało Amandy Smith zostało zabrane z kostnicy przez tajniaków. Patolog przeprowadzający sekcję wyjechał 14 września na wakacje, jego telefon nie odpowiada.

Kurgan spotyka się z jedną z członkiń “Dzieci Gai” - dziewczyna jest kompletnie załamana ale z rozmowy wynika, że być może na stacji benzynowej Hindman zamordował co najmniej dwie osoby. Pożar nastąpił później i być może sprawcami byli wojskowi. Wieczór 17 września – Kurgan udaje się do kwatery CIC, a Deckard próbuje się tam włamać. Akcja pojmania Hagana/Hindmana nie udaje się. W zamieszaniu Deckard ucieka.

Delta Green PBEM

Kontynuacja scenariusza – spotkania ze Staphanem Alzisem i “Puppet shows and shadow plays”.

Postacie Graczy:

Kretus - Agent Henry Kurgan Cierń – naukowiec Roman – Chuck Deckard – ex CIA, obecnie pracuje jako ochroniarz w kasynie Imperial Pallace, w Las Vegas.

Adwersarze:

  • Obcy ze scenariusza “Puppet shows and shadow plays“
  • Majestic-12,
  • lokalna Policja

Sojusznicy: pani “Green”, kontakty Deckarda.

  • Patrick Hobbson - przełożony
  • Miejsce Akcji: Muzeum Historii Naturalnej w Waszyngtonie, kasyno Las Vegas, tama *Hoovera, dolina Śmierci.

NPC pojawiający się w czasie gry:

1.Amanda Smith – ofiara Podróżnika 2.April Shaver - Dziecko Gai, świadek wydarzeń na stacji Pecos Texaco. 3.Bernard Clayton/ 4.Frank Schmitzer - policjant, zaufany szeryfa O'Hare. 5.James O'Hare - szeryf Las Vegas. Nie wiem jak nazywa się szef policji w Vegas, ale biorąc pod uwagę lokację miasta i tradycje okolicznych stanów pasuje mi tu szeryf. 6.Jorge Ramirez - policjant trapiony dziwną przypadłością. 7.Natan Meyers – kolega Kurgana z oddziału antynarkotykowego. 8.Neil Ischer – patolog, który zrobił sekcję zwłok A. Smith. 9.Pat Connor - młody zastępca szeryfa. 10.Peterem Douglasem, jedynym człowiekiem z Firmy do którego ma zaufanie, czy nie wie czegoś o sprawie. (info dla MG - nowa postać - po wpadce w Meksyku jako jedyny otwarcie poparł Chucka i Eddiego i żądał ustalenia źródła przecieku, uważał też, że powinni zostać w Agencji, Chuck uważa go za rodzaj przyjaciela. 11.Robert Hubert zwany ponoć przez nielicznych przyjaciół Belialem – właściciel klubu ”Apocalypse” 12.Robert Bishop – jeden z agentów NRO DELTA. Zabrał ciało Amandy Smith ze szpitala Uniwersyteckiego. 13.Sam Kowalsky, Fred Tunner - policjanci (postacie trzecioplanowe) 14.Simmon Kitts – “mistrz”Dzieci Gai 15.Stephen Alzis

Wiadomość przekazana przez Stephena Alzisa w dowód wdzięczności za wzajemne zrozumienie i miłe spotkanie w klubie “Apocalypse”.

Raport w sprawie obiektu 8394/mx (san carlos case) Od: Red Mask (mj-8) Do: Dowódca NRO Delta

W związku z nasilaniem się paniki w rezerwacie stanowym San Carlos, Arizona, FBI wysłała tam swoich agentów. Według zaleceń agenci NRO delta nie wykonywali żadnych czynności mogących utrudnić Postępowanie Służb Federalnych, za wyjątkiem przechwycenia dowodów wskazujących na pozaziemskie pochodzenie obiektu 8394/mx. FBI udało sie odnaleźć ciało ofiary oraz wykonać analizę chemiczna tkanek. chromatogramy zostały skonfiskowane przez NRO delta FBI wytropiło nosiciela 8394/mx i dokonało neutralizacji. agenci NRO delta zabrali zwłoki nosiciela i przewieźli je do a 51 Szef operacji NRO delta, Dan Hindman opuścił a51 i do chwili obecnej nie wiadomo gdzie przebywa. brak także artefaktu. Sugeruje się że doszło do infekcji. Należy niezwłocznie wysłać oddział poszukiwawczy, celem likwidacji nosiciela i odzyskania obiektu.

red mask electronical signature

Mail techniczny

	Witam!

Jako, że w Szwecji dramatycznie brakuje mi RPGów postanowiłem zabawić się w poprowadzenie Pebema. Jako, że nie mamy w tym doświadczenia zapewne czeka na nas sporo pułapek. Tym niemniej mam nadzieję że będziemy się dobrze bawić. Wiem, że w tym okresie trudno wymagać od was zbyt wielkiego zaangażowania, jednak mam nadzieję, że znajdziecie trochę czasu na rozrywkę. Postaram się ograniczyć wasze obowiązki jako graczy do minimum, tym nie mniej będziecie musieli wykonać pewne rzeczy. 1. Przygotowanie postaci – pewnie karty gdzieś się zgubiły albo nie chce się wam ich przepisywać. W takim razie skorzystajcie z programu byakhee - http://www.geocities.com/SiliconValley/Haven/4173/byakhee.html z dodatkiem Delta Green dostępnym na tej samej stronie. Andrzej zdaje się wie już o co chodzi. Zróbcie te postacie według własnego uznania. Pamiętajcie, że przygoda będzie śledztwem więc ważna jest spostrzegawczość, perswazja, umiejętności naukowe (biologia, chemia), znajomość komputerów, zabezpieczenia elektroniczne itp. Raczej nie będzie walki ale jako Agenci powinniście umieć posługiwać się bronią. 2. Przebieg gry – to jeszcze wielka niewiadoma. Myślę, że wyjdzie to w praniu. Generalnie będę prezentował wam sytuację i opisy a wy dajecie mi deklaracje swoich działań, przy czym powinny być one raczej szerokie – jako, że nie jest to sesja przy stole i czas mojej reakcji jest dość długi. Możecie deklarować po kilka akcji, z których wybiorę najbardziej odpowiednią. Fajnie by było gdybyście się dołączyli do mojej wątpliwej jakości twórczości poprzez przedstawianie opinii i myśli swoich bohaterów. Nie jest to jednak wymóg konieczny. 3.Oczywiście docenię roleplaying i twórczość literacką - w miarę waszych sił, możliwości i chęci. Nie oczekuję bynajmniej sążnistych listów (od tego jestem ja) ale urealniania postaci. Jako gracze możecie też sami tworzyć NPCów i sytuacje. O ostatecznym przebiegu fabuły decyduję oczywiście ja - ale każdy dobry pomysł zostanie doceniony. I nagrodzony. 4.Kwestia twórczości raz jeszcze – to jest dość ważne. Cieszę się, że Andrzej i Roman odwalili kawał dobrej roboty. Gratuluję. Wychodzi przy tym jednak sprawa zakresu waszej wolności “twórczej” Mam wymyśloną historię i pewne sztywne punkty scenariusza muszą w nim zaistnieć aby historia miała sens. Sztywnymi punktami jest część scen “akcji”. Jeżeli prowadzicie śledztwo – wtedy macie jak najbardziej prawo wprowadzić jakąś pomniejszą scenę, postać itp. Istnieją jednak momenty w których wasza wolność jest znacznie ograniczona. Sami jesteście MG to wiecie jak to jest – w dodatku Pebeem ogranicza komunikację w porównaniu z klasyczną sesją. 5. Sceny akcji – sami powinniście się domyśleć o co chodzi. I Roman i agenci z Waszyngtonu mają teraz taką scenę (przy tym Roman dosłownie akcji) Co możecie zrobić w takiej sytuacji? Możecie opisać mi jakie czynności zamierzacie przeprowadzić. Np. Odjechać, wezwać pomoc, samemu zbadać sprawę. Możecie też zaproponować dodatkowe akcje na zasadzie Jeśli... to... N.p. Jeśli spotkam zombi to wyciągnę z nogawki spodni kij baseballowy i go rozwalę, a następnie wezwę policję. Jeśli spotkam 20 nazistów wtedy podkulę ogon i cicho wymknę sie z tego pieprzniętego miejsca. A i jeszcze jedno - nie musi się śpieszyć z odpowiedzią - myślę, że tempo 2 listy na tydzień jest optymalne.

	To co? Macie ochotę, żeby spróbować? Jeśli tak, to oczekujcie na wiadomość od pani Green.
								Marian

Zawiązanie akcji: Postacie Graczy (PG) dostają maila kilka godzin po powrocie z Nowego Jorku.

green@bluebottle.com Temat: Emanuel Santana – morderca czy ofiara?

Mail I

Cześć!!!

	Mam na imię Charlotte Green – jestem dziennikarzem, wolnym strzelcem. Dostałam zlecenie od New York Times na napisanie reportażu na temat masakry w Los Carlos. Przeprowadziłam prywatne śledztwo i trafiłam na Pańskie nazwisko. Już kontaktowałam się z Pańskim przełożonym, który wyraził zgodę na rozmowę w tej sprawie i dał mi Pański adres internetowy. Byłabym niezmiernie wdzięczna, gdyby zechciał się pan ze mną spotkać. Jeśli wyrazi pan zgodę proszę przesłać mi odpowiedź. Proponuję spotkanie w kawiarence Muzeum Historii Naturalnej tu w Waszyngtonie w czwartek o 16.30. 

					Z wyrazami szacunku.
							Charlotte Green

P.S Może zainteresuje pana fakt, że podzielamy te same fascynacje muzyczne – Charnell Dreams to cudowny zespół.

 Mail II 14 września 1997 Washington D.C. Muzeum Historii Naturalnej

Zgodnie z zapowiedzią pojawiłeś się przed Muzeum Historii Naturalnej o oznaczonej godzinie. A właściwie wcześniej. Wolisz być przygotowany na każdą ewentualność. Paranoja też robi swoje, więc taksujesz wzrokiem zwiedzających, strażników i wszystkie podejrzane osoby. W tym zawodzie człowiek musi być czujny. Nie trzeba dodawać, że cała sprawa jest dziwna. Szef zazwyczaj spławia dziennikarzy. Szczególnie jeśli chodzi o takie dziwaczne sprawy. Tym razem jednak nalegał na spotkanie z tą dziennikarką. Stary sprawiał wrażenie jakby to była najważniejsza sprawa na świecie. Nie zainteresował się nawet wydarzeniami z Nowego Jorku. Może to i dobrze. Właściwie nie miałeś ochoty mówić o tym komukolwiek.

	Wszedłeś do środka i skierowałeś się do kawiarenki. Miłe, jasno oświetlone wnętrze, za szybami eksponaty – prahistoryczne bestie, akwaria pełne kolorowych rybek, egzotyczne rośliny. Miszmasz kolorów i dźwięków. Oczywiście głównym ich źródłem były rozwrzeszczane dzieciaki, biegające, przewracające się i generalnie tworzące istne pandemonium. 

- Doskonale, po prostu doskonale. Z kwaśną miną skierowałeś się do lady i zamówiłeś kawę. Zauważyłeś bez specjalnego zdziwienia, że po chwili w kawiarni pojawił się twój partner. Wymieniliście zdawkowe uprzejmości i usiedliście w najdalszym kącie obok pewnego wyjątkowo paskudnego dinozaura, który jak się wydawało odstraszał większość gówniarzy. Mijał czas... Ach te baby! Nigdy nie potrafią zdążyć na czas.

	Nareszcie do sali weszła kobieta, która mogła być oczekiwaną przez was dziennikarką. Przyznałeś w duchu, że robi na tobie wrażenie. Trzydziestoletnia, o ciemnej czekoladowej skórze, długich włosach, ubrana w elegancki kostium. Wyglądała bardziej jak pracownik korporacji, niż wolny strzelec. Cała jej sylwetka wskazywała na mocny charakter. No i oczywiście była niesamowicie seksowna...  

	Uśmiechnęła się, kiedy was zobaczyła i podeszła do stolika. Owionęła was fala zmysłowych lecz delikatnych perfum. 

Jestem Charlotte Green – przedstawiła się wymieniając z wami uściski dłoni. - To bardzo miłe, że zechcieli Panowie się ze mną spotkać. Przez kilka minut wymienialiście uprzejmości i nic nie znaczące uwagi. W końcu Pani Green spoważniała. Przejdźmy do interesów, co mogą Panowie mi opowiedzieć o Emanuelu Santanie?

  • * * * * *

W tym momencie zastanówcie się co chcecie jej opowiedzieć o wydarzeniach sprzed kilku tygodni. Przypomnę je wam w skrócie:

	W lipcu 1997 r. doszło do serii zaginięć w okolicach rezerwatu Indian San Carlos. W przeciągu miesiąca bez wieści przepadło 13 osób. Co zrozumiałe wywołało to panikę, którą powiększył fakt, że władze stanowe nie potrafiły wyjaśnić sprawy. FBI oddelegowało do śledztwa agentów Kurgan i ...... 
 	San Carlos obejmuje spory, lecz jałowy kawałek ziemi na wschód od Phoenix, Arizona. 

Na jego terenie znajdują się trzy osady – San Carlos, Peridot i Bylas. Miejscowa władza to szeryf Mangas Colorados, indiański przedstawiciel prawa. Do rezerwatu przyjechał także major Frank Garett z policji stanowej. Nie jest to zbyt sympatyczny osobnik. W dodatku wyraźnie nie podoba mu się pojawienie się w rezerwacie FBI. Dostępne dowody i zabezpieczone ślady pozwoliły dokonać szeregu odkryć: 1.Przelot helikopterem ponad rezerwatem pozwolił odkryć zamaskowany, leżący w rowie samochód. Znaleziono w nim ciężko okaleczone ciało Kennetha Bravermann'a – osoba ta nie figurowała na liście zaginionych. Mord wyglądał na jakiegoś rodzaju zabójstwo rytualne. Ofiara miała usunięte płuca i rozpruty brzuch. Znalezione prawo jazdy pozwoliło odkryć, że ofiara dokonała brutalnego zabójstwa swoich dzieci w Huston przed dwoma miesiącami i była podejrzana o zabicie kilku prostytutek. Jego żona Elaine zaginęła. 2.Oględziny farmy należącej do rodziny Begay, która również zaginęła pozwoliły odnaleźć masowy grób z ciałami rozpoznanymi jako należące do zaginionych. Ponadto na terenie farmy odkryto kilkanaście zakopanych, okaleczonych ciał owiec (hodowanych na farmie). Z zeznania złożonego przez Coloradosa wynika, że Victorio Begay (Głowa rodziny) skarżył się, że w ciągu dwóch miesięcy jakiś drapieżnik porywał owce z jego stada. Niewytłumaczonym pozostają tropy kojota, znalezione wokół mogił (tak jak i w pobliżu samochodu Bravermanna) – najwyraźniej jednak zwierzę to próbowało wykopać padlinę. 3. Jakiś czas po rozpoczęciu śledztwa agent otrzymał paczkę (bez adresu nadawcy) w środku znajdowały się wycinki z gazet i materiały wskazujące na serię niewyjaśnionych zabójstw i zaginięć, które miały miejsce w na przestrzeni pół roku przed wydarzeniami z San Carlos. 4. W czasie śledztwa w świętym miejscu kultu Apaczów ma miejsce religijna ceremonia, trwająca już od wielu dni. Kiedy jeden z chłopców służących jako posłaniec pomiędzy szamanami a resztą społeczności nie pojawia się w oczekiwanym czasie, szeryf Colorados razem z agentami federalnymi i wsparciem policji stanowej udaje się na miejsce ceremonii. Na miejscu okazuje się, że jaskinia została zajęta przez psychopatę, który najprawdopodobniej dokonał tych zbrodni. Dochodzi do strzelaniny w której niegroźną ranę postrzałową otrzymuje agent Kurgan. Psychopacie udaje się zbiec wąskim kanałem, znajdującym się z tyłu jaskini. Na miejscu znajdują się ciała czterech ofiar (Indiańscy szamani i posłaniec), karabin snajperski należący do zabójcy oraz dziwny sferyczny przedmiot nieznanego pochodzenia i nieokreślonej funkcji. 5.Odciski palców znalezione na karabinie pozwalają ustalić tożsamość zabójcy. Jest nim Manuel Santana – indianina, były żołnierz Zielonych Beretów, który zdezerterował ze służby w czasie wojny wietnamskiej. Według mieszkańców San Carlos był niegroźnym dziwakiem mieszkającym na pustyni.

	Agenci Federalni i policja stanowa organizują poszukiwania Santany. W tym czasie kwatera FBI w Phoenix przysyła analizę śladów odnalezionych przez agentów. Wynika z nich, że w ciele ofiar znaleziono duże stężenie niskocząsteczkowej glikozaminowej substancji. Analiza MASSPEC i chromatografia ujawniła, że substancja te nie występuje naturalnie w przyrodzie, ani nie figuruje w żadnym katalogu koncernów chemicznych. Nie udało ustalić się pochodzenia ani własności sferoidu odnalezionego w jaskini.  

W czasie poszukiwań Santany na w rezerwacie pojawiają sie agenci wojskowej służby śledczej CIC (kierowani przez kapitana Dana Hindmana), którzy przejmują śledztwo, konfiskują znalezione ślady i po odnalezieniu Santany zabierają jego ciało (stawiał opór podczas zatrzymania). Sprawa zostaje zamknięta.

Wprowadzenie dla Chucka Deckarda - postać Romana, 27 maja 2005

	Wrzesień w Las Vegas jest nie do wytrzymania. Szczególnie w tym roku. Ktoś wpadł na pomysł, żeby w tym roku urządzić w mieście wybory Miss Tancerek. Deckard nie miał nic przeciwko płci piękniej ale wiedział, że oznacza to jeszcze większy najazd ludzi i to w dodatku z tego bardziej rozrabiającego rodzaju. Kłopoty, zszargane nerwy i brak snu. Just sweet...
	Na szczęście dzisiaj Chuck miał dzień wolny. I zamierzał go dobrze wykorzystać. 93 była o tej porze niezbyt zatłoczona, a na dodatek za Alamo skręcił na północny zachód, na wąską 375. Klimatyzacja pracowała pełną mocą, więc po mimo piekielnego żaru na zewnątrz, Deckard mógł dowoli nacieszyć się pięknem pustyni. W oddali zamigotało światło syreny. Czarny samochód na wojskowych rejestracjach przemknął obok jeepa nie zwalniając ani na moment. Chuck nie był tym za nadto zdziwiony. Dość nasłuchał się już bzdur opowiadanych ściszonym głosem przez podpitych hazardzistów. W odległości jakichś 50 mil na północ znajdowała się, ciesząca się złą sławą baza Groom Lake. Dreamland, lub jak mawiali w Archiwum X  - Area 51. Chuck był kiedyś agentem. Wiedział w jakie bzdury potrafią uwierzyć ludzie. Sam tworzył takie bzdury. By ukryć prawdziwe oblicze świata, który nie był wcale taki miły jak się wydawało bubkom zwiedzającym Vegas.  Zerknął na mapę. Za wzgórzem powinna znajdować się stacja benzynowa. - Najwyższy czas napoić   rumaka – pomyślał z ironią ale i odrobiną czułości o swoim ulubionym samochodzie. 
	Lata szkolenia nie pozwoliły mu ani na moment oddać się uczuciu zdziwienia czy, broń boże, strachu.  Kiedy zjechał wąską serpentyną i zza skał wyłoniła się zakurzona stacja benzynowa okazało się, że jest zatarasowana samochodami. Wojskowymi ciężarówkami, żeby być bardziej specyficznym. Najwyraźniej wojskowi zobaczyli go równie szybko. W jego stronę wyjechał hummer. Chuck zatrzymał się i na wszelki wypadek przygotował dokumenty. 
	Wojskowi otoczyli samochód. Profesjonalnie i bez zbędnej obcesowości wypytali go o cel podróży i sprawdzili prawo jazdy. Młody sierżant o wyraźnie malującym się na jego twarzy strachu podbiegł do hummera i przez chwilę rozmawiał z kimś. Zasalutował po czym wrócił do Chucka. 

Sir! W związku z awarią i wyciekiem paliwa lotniczego droga została zablokowana. Odeskortujemy pana do autostrady stanowej 93. Proszę przyjąć moje przeprosiny za kłopot ale sytuacja jest poważna. W czasie całej tej procedury Chuck obserwował okolice stacji. Na niebie pojawiły się dwa helikoptery. Jeden zaczął krążyć nad okolicą a drugi podszedł do lądowania. Agentowi wydawało się też, że dostrzega jedną, czy dwie wojskowe karetki. - Wygląda jak poważna sprawa – pomyślał. Zgodnie z poleceniem żołnierza włączył silnik i ruszył za wojskowym samochodem zostawiając za sobą tajemnicze zgromadzenie. Kiedy dojechał z eskortą do skrzyżowania okazało się, że zostało już ono zablokowane przez policję stanową. Na poboczu stał czarny samochód, który minął go w wielkim pędzie pół godziny temu. Obok niego stało dwóch ponurych facetów w płaszczach. Deckard wiedział, że ich niewesołe miny nie wynikały bynajmniej z faktu, że prochowce nie są najlepszym wyborem w taki upał. Policjant stojący obok blokady podszedł do jeepa i powtórzył procedurę ze spisywaniem danych. Kiedy skończył i machnął w kierunku kierowcy wozu patrolowego, żeby ten zwolnił przejazd, jeden z agentów powstrzymał go gestem ręki. Następnie powoli podszedł. Jego eleganckie buty głośno stukały o asfalt. Agent Larson, NSA. Proszę mi powiedzieć, czy w czasie podróży drogą 93 i 375 nie zauważył pan jakichś podejrzanych rzeczy? Próbujemy ustalić czy wypadek na stacji benzynowej nie był przypadkiem sabotażem organizacji ekologicznych.

Powiedz, jak reagujesz na pytania agenta i jak spędzasz resztę dnia?

Odpowiedź Romana 28 maj 2005

	Jedynie lata służby pozwoliły Chuck'owi zachować kamienną twarz po usłyszeniu pytania agenta Larsona. Błyskawicznie analizował sytuację. "Sabotaż ekologów - akurat - gdyby rzucili coś o skrajnych prawicowych białych bojówkach nawet bym się nie zastanowił, o co w tym wszystkim chodzi. Ale ekolodzy, wybitnie nie pasują do rozlewania paliwa po okolicy. No i jak to ten wystraszony żołnierz powiedział, "wyciek paliwa lotniczego". Skąd do jasnej cholery mieli niby mieć paliwo lotnicze na tej zapyziałej stacji benzynowej na środku pustyni?"

- Nic niezwykłego nie widziałem. Kolejny upalny dzień na pustyni. Stało się coś poważnego? - mówił spokojnym, opanowanym głosem. - Doszło do niegroźnego wypadku, to wszystko co mogę panu powiedzieć. - Na twarzy agenta Larsona pojawił się, dobrze znany Chuck'owi, mający wzbudzić zaufanie cywili uśmiech z podręcznika psychomanipulacji dla agentów. - Może pan jechać. Chuck zatrzymał się na pierwszej stacji przy 93 w stronę Vegas. Żar lał się z nieba. Opuszczenie klimatyzowanego wnętrza samochodu było czynem godnym bohatera. Pięć minut później cały przepocony po tankowaniu dobrnął do wnętrza stacji. Zapłacił za paliwo i z butelką lodowatej coli usiadł przy stoliku w rogu pomieszczenia. "Jeżeli to wyciek paliwa, to powinny być na miejscu jednostki ratownictwa chemicznego. I po co im dwa helikoptery? Zresztą nie miały czujników jak maszyny do wykrywania skażeń, normalne wersje bojowe. Ciekawe co się stało naprawdę. Zresztą co za różnica, chyba nabawiłem się paranoi w agencji, przecież dla mnie to zbyt proste, że rozlało się paliwo."

	Przez chaos myśli zaczął docierać do Chucka gwar rozmowy prowadzonej przy sąsiednim stoliku. Grupka trzech młodych osób, które Chuck właśnie oglądał w odbiciu w drzwiach chłodni zajadle dyskutowała o wydarzeniach na pustynni.

- Steve miał rację, że dziś wydarzy się coś. Pamiętacie nawijał o tym od tygodnia. Cholera, że też nie powiedział nic więcej. - ekscytował się niski blondynek w jeansach i podkoszulku. - Mam nadzieję, że jakoś się wykręci i powie co tam się działo. - Cholerna pustynia, komórki działają tylko w Vegas - rzuciła wyzywająco ubrana gruba mulatka - nie mogę się do niego dodzwonić. - "Jak byłem młody ludzie mieli lepszy gust" - pomyślał z niesmakiem Chuck - "świat schodzi na psy". - Steve mówił coś o akcji ratunkowej. Jak wypuścili coś federalnym to możemy go już nie zobaczyć. - Spokojny głos należał do wysokiego bruneta w modnych ciemnych okularach. -Banda nawiedzonych dzieciaków - pomyślał Chuck dopijając colę i zbierając się do wyjścia.- Tacy sami jak w Roswell. Wyrzucił puszkę i wyszedł. Ruszając spod stacji zauważył w lusterku zbliżającą się kolumnę wojskowych aut, nad samą stacją pojawił się helikopter. Przystanął zaciekawiony. Kolumna zatrzymała się na stacji, żołnierze sprawnie wysypali się z pojazdów i zaczęli zabezpieczać teren. Więcej nie zauważył, gdyż obok jego wozu zmaterializowwał sie znany już mu agent Larson. - Co za zbieg okoliczności panie Deckard. Zapewne tu też pan nic ciekawego nie widział? - słowa agenta aż ociekały ironią. - Oprócz najazdu armii na stację benzynową rzeczywiście nic ciekawego. - Niech pan zachowa swoje uwagi dla siebie. A teraz proszę odjechać. I niech się pan nie przejmuje cudzymi problemami - nie wypowiedziana groźba zawisła w powietrzu.

	Chuck ruszył z narastającą galopadą myśli. "Poszaleli od tego upału? Przecież na stacji nie było absolutnie nic i nikogo podejrzanego. No chyba nie zgarnęli tych smarkaczy." Do Vegas wrócił przed zmierzchem. Miasto budziło się do życia. "Koszmar pijanego architekta" - kiczowatość miasta uderzała go za każdym razem gdy patrzył przez okno swojego apartamentu. 

Chuck szybko doprowadził się do porządku i ruszył na jednego głębszego do swojego ulubionego baru "Źródełko" położonego w starej części miasta. W knajpie nie było prawie turystów, była ulokowana zbyt daleko od kasyn. Siedziało w niej za to sporo ochroniarzy i lokalnych glin. Może dlatego, że Mike, właściciel i barman do emerytury pracował w lokalnej policji. - Cześć Mike, to co zwykle. - Chuck rozejrzał się po sali i z pewnym zdziwieniem zauważył, że nie widzi ani jednego z miejscowych stróżów porządku. - Gdzie wcięło naszych dzielnych chłopców? - Jest jakaś straszna chryja. Ściągnęli wszystkich na służbę i kazali obstawić wszystkie zjazdy z 93 na północy stanu. Tylko nie powiedzieli dlaczego, mają zgarniać każdego, kto wraca z pustyni. Wszystkim żądzą federalni i wojsko. - Mimo, że od kilku lat na emeryturze Mike był doskonale zorientowany w tym co się dzieje w lokalnej policji. - Plotki krążą, że coś się stało w Groom Lake - dodał barman z kpiarskim uśmiechem - Pewnie znów im kosmici uciekli. - Nie wiem co się stało, ale widziałem wojsko na stacji przy 375. Cofnęli mnie na 93, a tam byli już nasi i chłopcy z NSA. A potem najechali stację benzynową przy 93, widziałem, akurat tam tankowałem. Strasznie to wszystko śmierdzi. Nalej mi jeszcze jednego. Cztery kolejki później Chuck wrócił do swojego mieszkania. Rzut okiem w lustro znów przyniósł ponure myśli o zbyt częstych wizytach w barze. "Trzeba wziąć się za siebie." Zasypiając Chuck przypomniał sobie żołnierzy zabezpieczających stację benzynową - "Co za powalony dzień".

Artykuł z Las Vegas Sun Las Vegas 3 sept. 1997. Yesterday evening serious incident took place in the gas station in he middle of 375 highway. Military transport was seriously damaged and several tons of the jet fuel was spilled. Fire occurred as a result, leading to five deaths. Groom Lake Airbase officials refuse to comment, but our sources claim that it was terrorist attack prepared by People's of Gaia - small, radical group of self-proclaimed Eco-warriors. Highway 375 was closed and 93 highway traffic is severely restricted. Officials says there is no threat for health although large amount of toxic substances has been released into atmosphere.

Poranek następnego dnia (3 wrzesień 1997) Las Vegas.

	Chuck obudził się rano z umiarkowanym kacem. Wstał, umył się i zaczął przygotowywać śniadanie. Włączył telewizor licząc na wiadomości o wczorajszym incydencie. Nie mylił się. Poranne wiadomości w dużej części poświęcone były wielkiemu pożarowi jaki miał miejsce na stacji Pecos Texaco. Według reportera, przyczyną była nieprzemyślana akcja lub zła wola działaczy ekologicznych z organizacji People's of Gaia, którzy chcieli zablokować przejazd wojskowego transportu paliwa do bazy Groom Lake. Szczegóły wypadku (lub ataku) bada specjalna wojskowa komisja. Tłem komentarza są widowiskowe płomienie i kłęby czarnego dymu. Obraz kręcony był z dość dużej odległości ale widać na nim kilkanaście wozów strażackich i sporą grupę strażaków. 

Reszta wiadomości dotyczy typowych dla miasta spraw – finansów, wiadomości z magistratu i przede wszystkim nowinek o wielkich wygranych w którymś z licznych kasyn.

	Robota, kolejny nużący dzień, błahe rozmowy, rutyna. Popołudniowa gazeta zdaje się przedstawiać wczorajsze wydarzenia w nieco bardziej alarmistycznym tonie. W wieczornych wiadomościach ukazuje się komunikat o poszukiwaniach niejakiego James'a Hagana, który mógł być odpowiedzialny za spowodowanie wypadku. Według zeznań działaczy People's of Gaia jego nieodpowiedzialne zachowanie zmieniło pokojowy happening w tragedię. Media przedstawiają Hagana jako  szaleńca działającego pod wpływem narkotyków. Na skutek szoku zbiegł z miejsca tragedii i najprawdopodobniej ukrywa się gdzieś w Las Vegas. Osoba ta może być groźna, dlatego w wypadku napotkania go należy jak najszybciej powiadomić policję. 

Wieczór. Zastępca Chucka pojawia się spóźniony o ponad pół godziny. Nieodpowiedzialny bałwan. Deckard jest wykończony. Klnie na czym świat stoi ale cóż ma zrobić. Gość został niedawno ojcem. Ciągle mu się zdarzają jakieś problemy z juniorem. A kawalerzy muszą odwalać robotę za troskliwych ojców. Takie życie.

	Chuck nie może narzekać na brak pieniędzy. Ale to Las Vegas. Z oszczędności parkuje samochód w wielkim piętrowym parkingu przy Tropical Ave. Jakieś 10 minut na piechotę z Luxoru. Ciekawe jak zmienia się LV na przestrzeni tych kilkuset metrów. Oczywiście w raju nie ma miejsca na slamsy ale parking nie wygląda jak budowla z Disneylandu. I cholera, dobrze! Winda znowu nie działa. Kurwa! Trzeba zejść dwa piętra w dół po schodach. Połowa świetlówek nie działa. W klatce schodowej czuć zapach papierosów i szczyn. Chuck przechodzi obok starego, żółtego chevroleta. Zauważa ślady wgniecenia na masce. I plamę krwi. Lśni ciemnoczerwono w blasku lamp. Chuck czuje suchość w ustach. Rozgląda się. Na betonowej posadzce, obok samochodu zauważa mniejsze, rozmazane plamy. Łatwo je przeoczyć ale Chuck nie jest zwykłym człowiekiem. Dostrzega kolejne ślady niknące w cieniu. Rusza powoli w tamtym kierunku. Mógłby wsiąść do samochodu i odjechać. Jego serce bije miarowo i spokojnie. Nie musi szukać guza. Już nie pracuje w firmie. Ślady prowadzą w najciemniejszy kąt parkingu. Tam gdzie już dawno trzeba było wymienić te cholerne lampy... Ale jakoś nikt tego nie zrobił.

Możesz też zaproponować dodatkowe akcje na zasadzie Jeśli... to... N.p. Jeśli spotkam zombi to wyciągnę z nogawki spodni kij baseballowy i go rozwalę, a następnie wezwę policję. Jeśli spotkam 20 nazistów wtedy podkulę ogon i cicho wymknę sie z tego pieprzniętego miejsca. Powinieneś załapać o co chodzi. A i jeszcze jedno - nie musisz się śpieszyć z odpowiedzią - myślę, że tempo 2 listy na tydzień jest optymalne.

List od Andrzeja – 30 czerwca 2005 Czego może chcieć panna Green ?Wydarzenia mające miejsce w rezerwacie pamiętam jak przez mgłę. Nie lubię ich wspominać – są zbyt niezwykłe. Człowiek zaczyna wierzyć w zjawiska nadprzyrodzone w momencie , w którym ma do wyboru to, albo przyznanie sie do obłędu. Podobnie jak tylko wypitym alkoholem można wytłumaczyć to, że zdawało mi się iż “Belial” czyta w moich myślach. Chyba powinienem wtedy pociągnąć za spust. Czas więc udać sie na spotkanie- ale nie zakładam “służbowego” stroju. Garnitur, krawat i koszula zostają w domu. Łapię stare glany, wytarte dżinsy, beret i wysłużoną skórzaną kurtkę sił specjalnych .Ileż to już lat minęło- od kiedy jako pełen ideałów 18-latek wyskoczyłem z helikoptera w piekło dusznej dżungli. Biorę kaburę z desert eaglem, a na kostkę przypinam starą '38. FBI kilka lat temu wycofało z użytku rewolwery każąc wszystkim agentom przezbroić się na pistolety- lecz ten egzemplarz jest mój, prywatny, i kilka razy uratował moja marne życie. Przydał by się jeszcze karabin, kilka granatów i wsparcie z powietrza...... EEE.... spokojnie , idę tylko na wywiad przy kawie Zobaczę kim jest pani dziennikarz- jeśli to typowa idiotka po “gender studies” spławię ją tak szybko jak dam radę i wcisnę jakiś w miarę trzymający sie kupy kit. Natomiast- co bardziej prawdopodobne osoba ta wie o co w tej całej sytuacji chodzi- wówczas może to mi uda się dowiedzieć czegoś o Danie Hidmanie, wesoło biegającym po Ukochanych Stanach agencie zarażonym wirusem Obcego. Jest jeszcze trzecia możliwość – kobieta jest agentem “Beliala”. Sprawdzam czy pistolet jest naładowany i wychodzę. Ciekawe czy mają tam dobrą kawę.

List od Romana – 31 maja 2005 (3 września 1997, Parking przy Tropical Avenue, Las Vegas) Chuck ostrożnie przykucnął za żółtym chevroletem. Nie miał zamiaru zostać martwym bohaterem, widział takich zbyt wielu. Z drugiej strony nie mógł zostawić tego i odejść obojętnym, wiedział, że sobie nie wybaczy. Szybko wykręcił numer alarmowy policji, ale nie 911, ale bezpośredni, który znał z racji swoich obowiązków. Nerwowo rzucił do słuchawki prośbę o pomoc podając miejsce i rozłączył się bez dalszych wyjaśnień, wyłączając przy okazji telefon. Wiedział, że znają go i miał nadzieję, że zareagują w miarę szybko.

Wyjął i sprawdził broń, uspokoił oddech po czym ostrożnie ruszył za śladami krwi, obchodząc je tak, by mieć ścianę garażu za plecami. Wydawało mu się, że hałasuje jak czołg, ale dla postronnego obserwatora był prawie niezauważalny. Owszem, to nie to, co za starych dobrych lat młodości, ale wciąż był naprawdę niezły.

Chuck powoli zbliżył się do rogu pomieszczenia. W ciemnościach nie widział prawie nic. Zatrzymał się i zaczął nasłuchiwać. Miał wrażenie, że w najciemniejszym rogu coś się poruszyło, ale nie był tego pewien. Jeszcze raz głęboko odetchnął i ruszył do przodu. W zależności od tego co Chuck zobaczy zachowa się w następujacy sposób: - jeżeli zobaczy, że ktoś atakuje inną osobę, to spróbuje powstrzymać napastnika, w miarę możliwości zatrzymać go żywego, ale w razie zagrożenia życia nie zawaha się zabić; - jeżeli przeciwników będzie kilku to ujawni się o ile nie zauważy u nich broni palnej, w innym przypadku pozostanie w ukryciu interweniując w ostateczności (zostanie zauważony lub napastnicy będą chcieli zrobić coś wybitnie paskudnego ofierze) - jeżeli ofiara jest martwa (w ocenie Chucka, w końcu raczej nie będzie mógł sprawdzić) nie będzie niepotrzebnie ryzykował i raczej poczeka na policję, chyba, że napastnik będzie próbował uciec - ogólnie Chuck umie liczyć, 6 naboi w bębnie i drugie 6 w kieszeni wpłynie na jego decyzje przy większej liczbie przeciwników - zmuszony do ucieczki Chuck postara się dopaść klatki schodowej i uciekać na dół, a potem o ile nie spotka się z policją w kierunku głównej ulicy, będzie próbował też włączyć telefon i wezwać pomoc.

Mam nadzieję, że tego oczekiwałeś. Jeżeli napiszesz co Chuck zobaczył, to mogę być bardziej precyzyjny w opisie jego zachowania.

Kontynuacja 3 września 1997, Parking przy Tropical Avenue, Las Vegas

	Chuck miał szczęście. W słuchawce odezwał się głos Lanca Dealone'a. Stary oficer nie zadawał zbędnych pytań. Zbyt długo siedział w tej robocie. I dobrze wiedział jaka jest wartość słów agenta CIA. Chuck jeszcze raz sprawdził broń. Poruszał się bezszelestnie, dawno zapomniane, nietrenowane od tylu lat nawyki, nagle wróciły z pełną mocą (udany test sneak – awans). Jego oczy przyzwyczajały się do półmroku. Powoli z nicości zaczęły wyłaniać się kształty (udany test spot hidden – awans). Przy betonowej kolumnie klęczała, ubrana w długi płaszcz, postać. Chuck nie widział jej twarzy ale dostrzegł, że nachyla się nad rozciągniętym na ziemi ciałem. Nie był w stanie powiedzieć czy napastnik (a może ktoś, kto chce pomóc?) modlił się, szeptał, czy może udzielał pierwszej pomocy. Szum wentylatorów był cichy ale zagłuszał dźwięki wydawane przez postać w płaszczu. 
	W odległości kilku kroków, na prawo od kolumny, znajdowało się wejście do windy.

Sytuacja: Dwie postacie (jedna klęczy nad drugą, która leży na ziemi obok betonowego wspornika) znajdują się w odległości kilkunastu kroków od ciebie (8-12 m). Kilka metrów na prawo od nich widać wejście do windy (migocząca słabym światłem lampka z piktogramem) - 3-4 m od postaci, 10-15 m od Ciebie. Obok ciebie, po prawej stronie kolejny betonowy wspornik. Dalej na prawo znajduje się ściana nośna parkingu. Reszta sceny tonie w mroku, ale wiesz, że znajduje się tutaj mnóstwo samochodów (jak to na parkingu).

Co robisz?

List od Andrzeja – 6 czerwca 2005.

Jak to, to pani (panna ?) Green jest czarna !! W tym muzeum czuje sie jak zabytek, ostatnia skamielina minionej epoki. Czy młodsi agenci za plecami nazywają mnie Dinozaurem ? Nawet ta dziennikarka mogłaby być moją córką (gdyby mi pierwszy stosunek w życiu wyszedł, hehe)... Może czas pomyśleć o emeryturze? Chce wiedzieć prawdę o Santanie, to ją pozna. Jeśli rzeczywiście cos wie, uwierzy. Jeśli nie, obrazi się i pomyśli że mam ją za idiotkę. Opowiadam wszystko po kolei, nawet niektóre szczegóły przejaskrawiając. Staram sie, by moja opowieść brzmiała jak szalona bajka opowiadana przez cynika próbującego wcisnąć kit młodej niedoświadczonej dziennikarce.. Oto przykłady ”No i nic byśmy nie znaleźli gdyby nie nieoceniona pomoc miejscowych kojotów, jak mówił mi szaman, wiernych sług boga “jakiegostam..” “Po tym jak odstrzeliliśmy mu pól głowy trochę biegał i strzelał, ale w końcu dotarło do niego że już nie żyje - i padł”. “Ciała ofiar były pozbawione wody - nie odwodnione, tylko jakby wyssane- proszę mi wierzyć, potrafię zauważyć różnicę...”

Z rozbawieniem czekam na reakcje panny Green. Potraktuje to jako bajeczkę czy zorientuje sie o co mi chodzi ? Jeśli nie da sie nabrać - znaczy, wie coś o tej sprawie. Może nawet cos, czego nie wiem ja...

List do Andrzeja i Grześka 14 września 1997 Washington D.C. Muzeum Historii Naturalnej

	Pani Green włącza dyktafon  (oczywiście klasy michnik) i z uwagą przysłuchuje się historii opowiadanej ze swadą przez Agenta Kurgana. Uśmiecha się zagadkowo, od czasu do czasu zadając pytania – krótkie i rzeczowe. Henry szybko zdaje sobie sprawę, że pani Green nie jest głupim gryzipiórkiem piszącym do Pani Domu. Wygląda młodo ale coś w jej oczach zdradza, że widziała już wiele. Wiele więcej niż powinna widzieć dziennikarka. Kurgan przez chwilę czuje się zagubiony. Reakcje tej kobiety nie do końca odpowiadają jego wyobrażeniom. W końcu jego pewność siebie przeważa i kontynuuje swoją opowieść bez zmian. Cały czas obserwuje uważnie jej reakcje.    
	Towarzysz Kurgana jest pod wyraźnym wpływem Green. Przez całe spotkanie prawie się nie odzywa – ciężko powiedzieć, czy zmagnetyzowała go jej uroda, czy może pogrążył się w, tak charakterystycznym dla niego, poszukiwaniu rozwiązania jakiegoś wielce skomplikowanego problemu naukowego. 
	Obaj Agenci czują się tak jakby byli poddani jakiemuś testowi. 

- To dość nieprawdopodobna historia, przyznają panowie? Na tyle nieprawdopodobna, że gdybym wycięła z tej rozmowy połowę pańskiej porywającej opowieści, to miałabym doskonały artykuł do “National Inquirer”. Aż szkoda, że piszę artykuły dla nudnych, konserwatywnych czasopism. Tym niemniej bardzo dziękuję za spotkanie. Gdyby któryś z panów miał jeszcze coś do powiedzenia w sprawie San Carlos, proszę – oto moja wizytówka. Mam nadzieję, że jeszcze się kiedyś spotkamy.

	Po krótkim pożegnaniu Green wychodzi z kawiarni. Agent Kurgan zabiera z wieszaka swój płaszcz. Kątem oka zauważa faceta wychodzącego za Green (udany test spot hidden). Ogon? Ochroniarz? 
	Następnego ranka Kurgan znajduje w swojej skrzynce pocztowej informację o przesyłce pocztowej. Nadawcą jest AT&T.  Odbiera niewielką paczkę i w zaciszu swojego niewielkiego gabinetu w siedzibie FBI otwiera ją. W środku znajduje się nieopisany CD-ROM i niewielka plastikowa płytka z kablem ps2. Ślepym trafem Kurgan wie co to za port. 

Wkłada CD do napędu. Czeka chwilkę. Na ekranie pojawia się napis – komputer zostanie zrestarowany... Chwilę później, po restarcie zamiast windows zaczyna ładować się jakiś program. Kurgan klnie głośno na swoją naiwność. Jego dane pewnie są właśnie formatowane, albo niszczone przez wirusa, albo co tam ci pieprzeni hakerzy wymyślili!

	 Na ekranie pojawia się niebieski screen z komunikatem:

>IDENTYFIKACJA DAKTYLOSKOPIJNA Płytka, którą Henry podłączył do komputera błyska czerwonym światłem. Ostrożnie przykłada do niej kciuk... >IDENTYFIKACJA POTWIERDZONA... >PASSWORD:

P.S. Oczywiście indiański bóg o którym mowa w opowieści Kurgana to Trickster – kojot, oszust, mieszający szyki i kpiący z innych bogów. Oczywiście tajemniczy Agent Grześka też dostał swoją przesyłkę. Czekam na podanie hasła. Dobrej zabawy.

15 września 1997 Washington D.C., Budynek FBI,

	Kurgan wpisał kolejne hasło. Zaczynał tracić nadzieję. Nagle pojawił się kolejny screen. Uskrzydlona stopa – niczym z reklamy Goodyear. Tylko podpis inny – MERCURY NETWORK. 

> You are logged in.. > Please input your new password... > You have new mails...

Na monitorze pojawił się prosty graficzny menadżer – kilka ikon – program pocztowy, edytor tekstu i kilka innych. Agent włączył program pocztowy. W skrzynce były dwa listy. Jeden od Green, a drugi od kogoś o imieniu Gertrude.

OD: Green Temat: San Carlos

	Witam!
	Cieszę się, że poradził sobie Pan z naszą małą zagadką. Swoją drogą ten “Charnell Dreams” jest okropny. Przejdę jednak do sedna – Jak dobrze Pan wie przyczyna zgonów, które miały miejsce w San Carlos (A wcześniej w Zachodniej Wirginii, Nashville, Nowym Orleanie i Houston) nie poddaje się racjonalnemu wytłumaczeniu. Przynajmniej według oficjalnej nauki. 

Tak czy inaczej naszym celem jest dopaść to coś. Dopaść i zabić. Jak pan sam dobrze wie do sprawy wmieszało się wojsko. Z wiadomym skutkiem. Kapitan Dan Hindman (zdjęcie przesyłam w załączniku) został opanowany prze istotę (nazywamy go Podróżnikiem) i uciekł z wojskowej bazy Groom Lake w Nevadzie. Prawdopodobnie przebywa obecnie w Las Vegas. Według naszych informacji celem istoty jest odzyskanie artefaktu pozostającego w rękach wojska. Jak dotąd wiemy na pewno o dwóch ofiarach Podróżnika, lecz prawdopodobnie jest ich więcej. Armia stara się jednak zablokować śledztwo prowadzone przez policję i usunąć wszelkie ślady. Prawdopodobne chcą pochwycić istotę, celem przeprowadzenia na niej eksperymentów. Dane wskazują, że będą próbowali zwabić go Artefaktem a następnie unieruchomić. Naszym zdaniem to igranie z ogniem. Nie można ryzykować przeniesienia się Podróżnika do następnego nosiciela. Tym bardziej, że nie jesteśmy w stanie powiedzieć, czy ta istota nie jest w stanie rozmnażać się lub powielać. Nie ukrywam, że zadanie jest trudne i nie może Pan liczyć na dużą pomoc z naszej strony – pewne czynniki w Armii wyrwały się spod kontroli. Niemniej jednak może pan liczyć na dostęp do danych i pewnych ograniczonych środków, które mogą ułatwić Panu likwidację zagrożenia.

								Powodzenia!
									Green

OD: Gertrude Temat: traveller Załącznik: traveller.pdf

	Henry przejrzał materiały i zamyślił się. Porównał je listem, który dostał się do Alzisa. 

Rozparł sie w fotelu. Musiał to wszystko przemyśleć. - Czy chce się w to w ogóle pakować? Co na tym zyska? Kim tak naprawdę jest Green?

3 września 1997, Parking przy Tropical Avenue, Las Vegas Odpowiedź Romana

Chuck zaklął w myślach. Najgorsza możliwa sytuacja - widzisz wszystko, ale tak na prawdę nie wiesz nic. Scena przed nim mogła oznaczać wszystko, w każdym razie pozbawiona była komfortowej jednoznaczności pozwalającej pociągnąć bez oporów za spust lub też schować broń i ruszyć z pomocą.

Schowany za samochodem zajął poprawną pozycję jak na strzelnicy, broń pewnie leżała w prawej ręce podpieranej przez lewą. Celując w postać w płaszczu odezwał się głośno w jej kierunku: "Pomóc??"

Jeżeli postać w płaszczu zaatakuje osobę leżącą lub Chucka, ten strzeli. Jeżeli rzuci się do ucieczki, to tylko wtedy gdy będzie mógł obezwładnić - czyli w nogę. Jeżeli skoncentruje się na Chucku i rozpocznie z nim rozmowę, ten nie pozwoli jej podejść bliżej niż na jakieś 10 stóp. Gdyby postać zbliżała sie dalej pomimo ostrzeżeń ten w ostateczności strzeli, ale żeby nie zabić tylko zatrzymać.

W każdym z tych wypadków Chuck będzie się starał mieć na oku leżącą postać - w końcu nie wie, kto może być niebezpieczny. Jego zachowanie w stosunku do niej będzie identyczne jak do postaci w płaszczu.

3 września 1997, Parking przy Tropical Avenue, Las Vegas – kilka chwil później

	Głos Chucka niósł się głośnym echem. Postać w płaszczu zareagowała gwałtownym wzdrygnięciem. Chuckowi wydawało się, że słyszy dziwny dźwięk – być może wydany przez przestraszonego faceta. Gość podniósł się i odwrócił powoli w kierunku agenta. 

Oficerze? - twarz mężczyzny kryła się w cieniu. Był wysoki i dobrze zbudowany. Chuck zastanawiał się czy może mieć przy sobie broń. Ocenił jednak, że nawet jeśli, to nie będzie miał szans na jej wydobycie. Oficerze – powtórzył mężczyzna – znalazłem przed chwilką ofiarę napadu. Wydaje mi się, że żyje. Może podejdzie Pan bliżej? - Jego wzrok lustrował rękę uzbrojoną w celujący w niego pistolet. - Nie znam się na pierwszej pomocy, proszę mi pomóc! Chuck ostrożnie wychylił się zza samochodu i opuścił pistolet. Nie był do końca pewny jak powinien zareagować. Wydawało mu się, że w głosie wysokiego mężczyzny nie wyczuwał złych intencji. Raczej coś w rodzaju niepewności. Może trzeba się temu przyjrzeć z bliska? Nie ma potrzeby by korzystać z tego żelastwa. Wiem, że to nie wygląda zbyt dobrze, ale nie mogłem jej tak zostawić - facet w płaszczu uniósł ręce, w pokojowym geście. Chuck zauważył, że ma na rękach krew. - Podniósł pistolet do góry. - Zaraz przyjedzie policja. Proszę się odsunąć od ofiary i unieść ręce! - może i Deckard nie nadawał się już do służby w CIA ale autorytetu na pewno mu nie brakowało. Facet podniósł ręce do góry i pośpiesznie odsunął się od sylwetki leżącej na ziemi w stronę kolumny. Chuck zerknął kątem oka, nie spuszczając wzroku z potencjalnego mordercy, na ziemię. Kobieta, średni wiek, ślady krwi na potylicy, leży na boku, tyłem do Chucka. Nie wygląda to za dobrze. Przyszedłem tu przed, dosłownie, kilkoma minutami. Mam tu samochód. Zobaczyłem, że leży na ziemi na podjeździe. Wydawało mi się, że powinienem przesunąć ją w bezpieczne miejsce. Nie wiem czemu to zrobiłem – głos mężczyzny drżał ze zdenerwowania – Myślałem, że ktoś może jej nie zauważyć i ją przejechać. Stul pysk – Deckerd miał tego dość, według niego sytuacja była jasna. Morderstwo. Sądząc po wyglądzie ofiary, skuteczne. - Połóż się na ziemi!!! W tym momencie obaj usłyszeli policyjne syreny. Chuck dojrzał wreszcie twarz napastnika. Zobaczył oblicze kogoś, kto wpadał właśnie w furie. A potem dojrzał coś znacznie gorszego...

Chuck zapamiętał następne kilkanaście sekund jako koszmarny film. Wszystko działo się błyskawiczne a jednak dziwnym zrządzeniem każda sekunda wydawała się bardzo długa. Chuck był pewien, że w tym konkretnym momencie doświadczył czegoś, co nie dane mu było przez lata służby. Zobaczył koszmar. Trudno było mu po wszystkim opisać całe zdarzenie. Twarz mordercy zmieniła się w jakąś niesamowitą karykaturę. Deckard był pewien, że widział długi, ostry blady język wydobywający się z jego ust. Wydawało się, że jego oczy rozbłysły jakimś szalonym, nieludzkim światłem. Facet rzucił się w kierunku windy. Chuck wystrzelił raz, dwa, trzy pociski? Nie był pewien. Wiedział, że trafił. Widział dziurę po pocisku, widział gościa, który powinien być martwy albo przynajmniej ciężko ranny. Ale morderca zatoczył się tylko i wskoczył do windy. Chuck rzucił się za nim. Słyszał głośne uderzenie i już wiedział. Szyb windy był pusty. Otwarte drzwi zapraszały w przepaść. Chuck zerknął do środka ale zobaczył tylko tonącą w mroku przepaść.

	Na parking wjechały dwa wozy policyjne i karetka.  

Chuck schował broń. Chłopaki z patrolu nie koniecznie musieli go znać, a nie miał ochoty zarobić kulki od jakiegoś przestraszonego żółtodzioba. Pochylił się nad ofiarą, ale niczego nie ruszał. Nie sądził, by z tak paskudną raną czaszki miała duże szanse, a nie chciał pogorszyć jej stanu.

Usłyszał, że wozy stają i wysiadają z nich ludzie.

"Tutaj, dawajcie paramedyków, może jeszcze jej pomogą" - nie miał zamiaru się ukrywać.

Dwóch gliniarzy z wyciągniętą bronią zbliżało się w jego kierunku. Stał spokojnie z wyciągniętymi dłońmi i czekał, aż go rozpoznają. Promień latarki prześlizgnął się po jego twarzy.

"To ty Chuck??" - rozległo się znajomy głos Pata Connora, młodego zastępcy szeryfa.

"Cześć Pat, dawaj lapiduchów, moze coś pomogą". Na szczęście stary dobry Lance uprzedził ich, że tu będę - pomyślał z ulgą.

"Co się stało?" - głos Pata aż drżał z emocji, chłopak nie widział do tej pory nic więcej niż niegroźna bójka na noże.

"Opowiem później, nie ma teraz czasu! Ilu masz chłopaków na dole, musimy dopaść tego świra zanim ucieknie." - umiejętności wydawania rozkazów nie zapomina się nigdy zauważył ze zdziwieniem Chuck. - "Wsadziłem w drania kulkę, ale zdążył zeskoczyć w szyb."

"Nie tak szybko ... " - Pat próbował wejść mu bezskutecznie w słowo.

"I ściągnij psy, mocno krwawił, musiał zostawić porządny trop" - nie oglądając się czy jego polecenia są wykonane Chuck ruszył w kierunku klatki schodowej przeładowując broń.

Idąc w stronę schodów Chuck zauważył jak załoga karetki podłącza kolejne kroplówki i aparaty do ciała (zwłok?) kobiety i przekłada je na nosze. "O co mu chodziło? Gdyby chciał tylko zabić zostawiłby ją tam, jeżeli chciał zrobić coś więcej to zdecydowanie za bardzo nabrudził. Cholerny psychol"

Przy drzwiach dogonił go Pat. "Chłopaki zostaną tu i zabezpieczą teren. Psy będą za 30 minut. Reszcie kazałem obstawić szyb na dole" - młody zastępca szeryfa był równie podekscytowany co przerażony.

"Chodźmy" - rzucił Chuck sprawdzając broń i zanurzył się w półmrok klatki schodowej.

Ostrożnie schodzili na dół, ale nic nie zakłóciło ich marszu. Na najniższym poziomie spotkali się z dwoma kolejnymi funkcjonariuszami. Sam Kowalsky i Fred Tunner stali zielono-bladzi przy otwartym szybie windy. Chuck zajrzał do środka i od razu zrozumiał dlaczego. Wnętrze wyglądało jak rzeźnia, krew brudziła podłogę i ściany, w rogu walało się coś na kształt sporego fragmentu jelit. Nie pasował tylko jeden szczegół, brakowało reszty ciała.

Chuck zajrzał jeszcze do szybu, ale nie zauważył nic więcej. Nie było nawet drabinki technicznej, po której można by uciec.

"Co do kurwy ...?!?!" - zaczął Chuck - "Nie widzieliście jak ktoś uciekał?" rzucił do funkcjonariuszy, ale ich miny mówiły wszystko. "Pat, przyświeć, musi krwawić jak świnia, dorwiemy go". Młody policjant posłusznie oświetlił podłogę, ale śladów nigdzie nie było.

"Przecież to nie możliwe" - tę myśl Chuck zachował dla siebie. Głośno rzucił - "Wy dwaj szukajcie w prawo, my z Młodym w lewo. Jak coś znajdziecie wołajcie. I uważajcie jest niebezpieczny."

Kwadrans później spotkali się przy windzie. Kogokolwiek szukali właśnie zniknął bez śladu pomimo poważnej rany postrzałowej, upadku z dużej wysokości i braku części jelit. Chwilę później pojawiło się wsparcie. Psy, technicy i cała reszta towarzystwa. Problem polegał na tym, że psy nie chciały nawet podejść do szybu.

Pojawił się też szeryf. Chuck wycofał się dyskretnie w cień. Pat jako najstarszy zdał relację szeryfowi który o dziwo pojawił się osobiście. James O'Hare, twardy glina ze starej dobrej irlandzkiej szkoły. Obecnie wyglądał na mocno zmęczonego, ale biorać pod uwagę co działo się ostatnio w Vegas i okolicy nie powinno to dziwić.

"Jak to uciekł wam?!?! W takim stanie." O'Hare szalał. "Powypierdalam was wszystkich z roboty, cholerni pączkożercy. Pieprzona banda amatorów. Z kim ja muszę pracować.?!" Szybko jednak się opanował. "Ktoś go widział?"

"Ja" Chuck wysunął się z cienia. Nie był zadowolony, że O'Hare się zjawił osobiście. Irlandczyk nie lubił go podejrzewając o bycie wtyką Agencji mającą nadzorować jego teren, która to myśl sama w sobie przyprawiała go o szał. Chuck był przekonany, że szeryf nie odpuści sobie takiej okazji. Przeczucia go nie myliły.

"Pan Deckard. Człowiek Agencji we własnej osobie i oczywiście przez zupełny przypadek" - ton głosu nie zapowiadał niczego dobrego." Znasz procedury, musimy Cię przesłuchać. Wiesz, że nie robiłbym tego teraz, ale skoro uciekł, nie możemy czekać."

Nazwanie tej nocy ciężką nie oddawało nawet części jej paskudnego przebiegu. Chuck pięć razy drobiazgowo opisywał przebieg zdarzenia. Potem spędził dwie godziny z rysownikiem sporządzając portret pamięciowy. Próbował przekonywać, że lepiej wpierw przeglądnąc kartoteki zdjęć, ale O'Hare zostawił z nim swoich pretorian, którzy dobrze rozumieli intencje szefa - przetrzymać do do rana. Gdy doszedł do zdjęc ledwo trzymał się na nogach. W dodatku odcięli go od wszelkich informacji o rozwoju sytuacji.

Kolejna lurowata kawa nie bardzo pomagała. Chuck tępo gapił się w kolejne zdjęcia.

"To ten" - poderwał się nagle Chuck.

"Jesteś pewien." - Frank Schmitzer, pretorianin O'Hare'a spojrzał na niego podejrzliwie.

"Porównaj z portretem." - rzucił Chuck, ale jego myśłi zajmowało już coś innego. "Skąd ja go znam? Widziałem go nie dawno."

Schmitzer zniknął gdzieś na długą chwilę. "Możesz iść" - jego głos wyrwał Chucka z prowadzonych rozważań.

"Poczekaj chwilę. Co to za gość?"

"Przykro mi, tajemnica służbowa. Na razie. Odwiedzaj nas częściej". Schmitzer z uśmiechem rozrabiaki odwrócił się na pięcie i zniknął w głębi posterunku.

Godzinę później Chuck dotarł do domu. Wziął szybki prysznic, zadzwonił do roboty żeby przesunąć się o jedną zmianę w grafiku i jak nie żywy padł na łóżko. Zasypiał gdy jego umysł wreszcie znalazł odpowiedź - "James Hagan". A potem zapadł w głęboki, pełen koszmarów sen.

4 września 1997

	Chuck miał tej nocy koszmary. Śniła mu się upiorne zdarzenia poprzedniego wieczoru. Budził się w nocy zlany potem, zasypiał i znowu śniła mu się twarz mordercy. Dzwonek telefonu przyjął z ulgą.

- Chuck Deckard? - Chuck przetarł oczy i spojrzał na zegarek – 5.30. - Tu agent Matt Woody, FBI. Szeryf O'Hare skierował nas do Pana jako świadka morderstwa popełnionego wczoraj na Amandzie Smith, na parkingu przy Tropical Avenue. - Głos Woodego pasował do nazwiska. Zimny, rzeczowy i nieznoszący sprzeciwu. - Sprawa jest poważna i zależy nam na pańskiej pomocy. Czekam na Pana za pół godziny w Burger Kingu przy skrzyżowaniu 23 z Cooldrigea. Deckard chciał jakoś zareagować ale facet z FBI był szybszy. Odwiesił słuchawkę. Chuck starał się być spokojnym i zrównoważonym człowiekiem. Czasem czuł jednak, że zbliża się do granicy. Tym razem poprzestał na jednym siarczystym “Kurwa!”. Nie znosił zadufanych bubków z FBI. Jednak ciekawość przeważyła i równo 29 minut później podjechał pod fast-fooda. Na parkingu stała duża, czarna furgonetka. Bez trudu dostrzegł Woodego – był jedynym gościem. Wysoki, nieprzyjemny typ w źle skrojonym garniturze. Typowe. Na widok Chucka agent wykonał przyzywający gest dłonią w której trzymał kubek expresso. Witam, dziękuję za przybycie – odezwał się sucho, nie pozostawiając cienia wątpliwości, co do szczerości podziękowań. Chuck utwierdzał się w swojej niechęci do tego faceta. Dzień dobry! - powiedział kwaśno i skierował się do bufetu. Zauważył zniecierpliwienie na twarzy Woodego, więc nie spieszył się z wyborem śniadania. W życiu ważne są małe przyjemności. W końcu rozsiadł się na przeciwko agenta FBI i zaczął wsuwać posiłek. Trwało to jakiś czas. Woody w tym czasie wyciągnął jakąś teczkę i po obdarzeniu Chucka pogardliwym spojrzeniem skupił się na czytaniu. Po dłuższym czasie Deckard uznał, że należy przejść do konkretów. Woody obrócił teczkę w stronę Deckarda i pokrótce streścił czego chce. Według niego morderstwo zostało dokonane przez Jamesa Hagana – Uciekiniera z więzienia stanowego w Carson City. Facet był skazanym na karę śmierci psychopatą, mającym bogaty rejestr różnego rodzaju przestępstw dokonywanych z wielką brutalnością. Dzięki niekompetencji dyrekcji więzienia facet zwiał i zrobił najmądrzejszą rzecz w jego życiu. Przyjechał do LV w momencie przygotowań do festiwalu i konkursu tancerek Go-Go.

	Chuck zgodził się w tym momencie z Woodym. LV to pieprznięte miasto i ma głupie święta ale jeśli ktoś chciałby się ukryć to wybrał doskonałe miejsce i czas. 

Woody kontynuował opowieść – ustalono, że Hagan zabił w celu uzyskania gotówki. Miał pecha i został nakryty. Reszta historii jest znana. Problem w tym, że FBI musi odnaleźć zabójcę zanim zdąży wywołać panikę w mieście. To byłoby źle odebrane przez burmistrza. Woody nie krył gdzie ma opinię burmistrza ale dał do zrozumienia, że są inne “naciski”. Kiedy pogratulował Chuckowi jego “obywatelskiej postawy”, ten o mało się nie wzruszył. W końcu Woody przeszedł do standardowych pytań, na które Chuck udzielił standardowych odpowiedzi. Chuck widział, że agent robi się coraz bardziej wściekły – chyba nie tego oczekiwał po rozmowie. No cóż, trafiła kosa na kamień. Z drugiej strony Chuck też nie wyniósł niczego konkretnego ze spotkania. Woody nie był skłonny do zwierzeń. Lata pracy w CIA pozwoliły mu jednak wyciągnąć pewne wnioski. Wyglądało na to, że Hagan przepadł. Pomimo ciężkich ran i szoku spowodowanego upadkiem na dno szybu był zdolny zbiec z parkingu. To że w sprawę zaangażowało się FBI nie było niczym dziwnym. Dziwna była za to furgonetka. Kiedy Chuck wrócił do samochodu postanowił zrobić mały test. Odjechał samochodem na sąsiednią ulicę, po czym wrócił, na piechotę, w pobliże Burger Kinga. Furgonetka ruszała z parkingu, na którym stał czarny chevy caprice. Stali przy nim dwaj faceci. Pili kawę z papierowych kubków i rozmawiali. Chuck rozpoznał ich bez trudu. Obok Woodego stał agent Larson.

	Po robocie Chuck postanowił wstąpić na jednego do źródełka. W knajpie było pusto. Tylko Mike i dwóch gliniarzy z drogówki. Chuck zamówił piwo, pogadał z Mikiem i usiadł przy swoim ulubionym stoliku. 

Zamyślił się nad wydarzeniami mijającego dnia. W mieście było pełno federalnych. Łatwo ich był poznać. Trudno uwierzyć, żeby jeden uciekinier, nawet jeśli to psychopata ściągnął na siebie taką uwagę. Może ma to związek z pożarem na stacji benzynowej? Bardzo dziwna sprawa. Chuck na pewno nie doszedł jeszcze do siebie po spotkaniu z tym świrem. Niemniej jednak myślał trzeźwo i kombinował. I wyszło mu, że najlepiej siedzieć cicho i przyjrzeć się jak rozwinie się sytuacja. Zawsze może też zasięgnąć sytuacji u gliniarzy.

Miasto zapełniało się ludźmi. Wszyscy odliczali czas do wyborów najlepszej tancerki USA. Oczywiście w mieście miało mieć miejsce kilka innych atrakcji. Wręczenie Oscarów Porno, Zjazd Reformowanych Wyznawców Szatana i Konwent Protestanckich Agencji Ubezpieczeniowych. Zapowiadał się bardzo “ciekawy” i intensywny okres w pracy szefa ochrony kasyna Luxor. Przez następny tydzień Chuck wracał do domu tak zmęczony, że ledwo miał siłę coś zjeść i szedł spać. W gazetach nie było, żadnych informacji o sprawie Hagana. Chuck próbował skontaktować się z Connor'em i Schmitzerem. Niestety wyglądało na to, że są równie zajęci co Chuck. Według jego rozeznania w procedurach policji powinien zostać wezwany na przesłuchanie. Formalność, konieczną w ustaleniu przebiegu wydarzeń. Nikt jednak się do niego nie zgłosił w tej sprawie. Ba. Nikt nie zainteresował się bronią z której strzelał.

	W weekend Chuck wyrwał się na chwilę do źródełka. Miał szczęście. Natknął się tam na Kowalsky'ego, który nieco już podpity, był w nastroju do zwierzeń. 
	Z jego niezbyt składnej opowieści wynikało, że w komendzie policji działy się sceny dantejskie. Po wydarzeniach na parkingu do budynku wprowadziło się kilkunastu facetów w garniturach i okularach przeciwsłonecznych. Ponure i wredne typki. Ponoć skonfiskowali wszelkie dowody zebrane na miejscu zbrodni i zajęli laboratorium kryminalistyczne. Jeżdżą po mieście w takiej wielkiej czarnej furgonetce. Pierdoleni Faceci w Czerni.

Po tej rozmowie Chuck zadzwonił jeszcze raz do Connora. Udało im się spotkać w źródełku kolejnego wieczora. Pat przywitał starego znajomego z kwaśną miną. Przy piwie przyznał, że jest zawalony robotą. Przez to nagromadzenie imprez we wrześniu policja miała ręce pełne roboty. Wydział zabójstw miał pełne ręce roboty – w ciągu ostatniego miesiąca miały miejsce dwa morderstwa a kilka spraw zbliżało się do rozwiązania. Connor nie wyglądał na zbyt zadowolonego kiedy Chuck zaczął wypytywać go o sprawę Hagana. Jednak Chuck był w swym zawodzie mistrzem. Umiejętność wzbudzanie zaufania niejednokrotnie uratowała mu życie. Młody policjant zdradził w końcu, że Policja utraciła kontrolę nad śledztwem. Po incydencie na parkingu rozpoczęto pościg i wizję lokalną miejsca zbrodni. Hagan wskoczył do pustego szybu windy i spadł, z wysokości co najmniej czterech metrów, na dno szybu serwisowego. Następnie ślady krwi prowadziły wąskim tunelem uchodzącym do kanału burzowego gdzie trop się urwał. Sprowadzone psy nie zdały się na wiele. Prawdopodobnie Hagan użył jakiegoś repelenta, bo wytrenowane wilczury zachowywały się jakby się czegoś bardzo bały. To, co Chuck wziął w szoku za kawałek ciała mordercy, okazało się skrwawionym strzępem płaszcza. W kieszeni znaleziono zapałki, paczkę papierosów i zapakowaną w folię kanapkę. W tym punkcie opowieści Connor zawiesił głos, rozejrzał się dookoła i powiedział – Na tkaninie znaleziono spłaszczony pocisk wplątany w kawałek kewlaru! Uwierzysz! - Chuck uwierzył. Connr kontynuował - Koroner zabrał się za sekcję zwłok. Ze wstępnych oględzin wynikało, że ofiara została uderzona tępym narzędziem potylice. Stąd krew. Ale co ciekawe na klatce piersiowej, twarzy i wnętrzu ust, znaleziono szereg drobnych ran. Nie wiadomo w jaki sposób został zadane ale nie było wokół nich śladów krwi. No a potem pojawili się ci pajace. I to tyle jeśli chodzi o śledztwo.

          Dwa dni później do Chucka zadzwonił telefon. Głos rozpoznał natychmiast.

Eddie! Jak się masz stary koniu! Słuchaj to poważna sprawa. Do miasta przyjedzie jeden gość. Masz sie nim zająć. Skontaktuje się z tobą w ciągu kilku dni. Muszę kończyć. Trzymaj się. Chuck stał przez chwilę wsłuchując się w ciche buczenie linii. O co tu do diaska chodzi!

	16 września w południe, kiedy Chuck jadł lunch do pokoju socjalnego wszedł jakiś mężczyzna. Facet z rodzaju tych, którzy w życiu już niejedno widzieli. Chuck od razu poznał, że to osoba na którą miał czekać. 

15 września 1997 Washington D.C., Budynek FBI, - odpowiedź Andrzeja. Heh- pomyślał agent Kurgan- ile to mi jeszcze został do emerytury ? Już chyba niezbyt duzo. Warto tak ryzykować?

	Chyba warto. Po pierwsze - zawsze to coś ciekawego do roboty. Po drugie- nadąża się okazja do utarcia nosa armii. Henry bardzo lubił zadzierać z wojskiem, szczególnie po tym, jak w siłach specjalnych zabrakło dla niego miejsca. Zdawał sobie oczywiście sprawę z tego, iż jest to kompletnie irracjonalne- ale co tam, ważne że sprawi mu to przyjemność...

No i po trzecie, w małym, złym i robaczywym sercu agenta Kurgana pojawiła się smutna myśl o tych wszystkich szarych zjadaczach chleba , którym będzie dane spotkać się z nosicielem. henry jest bardzo wrażliwy na ludzką krzywdę, mimo iż zwykle nie daje tego po sobie poznać. Do tego nikt, żaden popapraniec, kosmita czy ki ch...j nie ucieknie agentowi Kurganowi. Może co najwyżej wymknąć się na chwilę, ale nie da rady uciec. Po prostu “to coś" z rezerwatu siadło Henry'emu na ambicje. "Ja nie złapie???" pomyślał wściekły agent Kurgan."Zabiłem go raz, to mogę zrobić to ponownie, tyle razy ile tylko będzie trzeba". Henry nienawidził pisać maili, listów czy sms-ów. Jeśli chciał się z kimś skontaktować - po prostu dzwonił. Niestety panna Green nie podała numeru telefonu. Nasz bohater napisał wiadomość o następującej treści

Droga panno Green.

Z przyjemnością zajmę się tą sprawą. Proszę o wszelką dostępna pomoc. Czekam na wskazówki lub instrukcje , dotyczące miejsca pobytu celu, sposobów likwidacji i zasad obchodzenia się z obiektem. Obawiam się że na mojego starego partnera z FBI nie mogę liczyć.

							Kurgan

 Henry nacisnął przycisk "send mail". Teraz tkwił w tym gównie już po uszy.

15 września 1997 Washington D.C., Las Vegas.

	Sprawy posuwały się do przodu szybciej, niż się można było spodziewać znając wielkie biurokratyczne instytucje. Krótka rozmowa z Szefem wystarczyła by Kurgan uzyskał urlop. Notabene nie korzystał z niego od, pomyślmy, trzech, czterech lat? Nikt nie zadawał mu pytań.

List od Green był krótki i treściwy.

Od: Green Temat: Podróż do Vegas

	Masz lot z Dulles Airport zarezerwowany na godzinę 15.00, linie Trans American. 

W LV udaj się do kasyna Luxor i zapytaj o szefa ochrony Chucka Deckarda. Powiedz mu, że przysyła cię Eddy Malone. Bądź dyskretny. Twój kontakt nie jest wprowadzony w pełen aspekt sprawy ale miał kontakt z “Podróżnikiem”, powinien być pomocny w wykonaniu zadania. Pamiętaj – jedziesz tam prywatnie. Nie masz żadnej jurysdykcji ani poparcia kogokolwiek. Nikt nic nie wie. Deckard jest osobą prywatną ale ma kontakty w Policji, które mogą być przydatne. W mieście znajduje się opozycja – ludzie, których poznałeś w San Carlos. Bądź ostrożny. Dalszy kontakt – w Las Vegas.

							Wysokiej wygranej

									Green

	Kurgan nie potrzebował wiele czasu. Wrócił do mieszkania, spakował do małego nesesera niezbędne rzeczy i pojechał na lotnisko. Trzy godziny później przeciskał sie z trudem przez tłumy ludzi wchodzących, wychodzących i grających na lotnisku. Od razu wiedział, że jest w Vegas. Wszędzie pełno automatów. Nawet na pierdolonym lotnisku. Wielki bilbord przy wyjściu poinformował go o odbywającym się w tym tygodniu Światowym Turnieju Tańca Erotycznego i kilku innych, pomniejszych atrakcjach. Wspaniałe miejsce. 

Było już późno, więc Henry pojechał prosto do motelu. Po kąpieli zjadł kolację i gapił się w telewizor wyczekując na jakieś wieści o Podróżniku. Ale wiadomości w Vegas były pogodne niczym niebo nad pustynią. Taki kraj.

	Następnego dnia koło południa podjechał taksówką do “Luxoru”. Pracownicy pytani o Deckarda wskazali mu drogę na zaplecze. Wszedł do niewielkiego pokoju socjalnego w którym jakiś gość żłopał kawę i jadł swój lunch...

Odpowiedź Romana – LV do 16 września 1997 Chuck nie miał dużo czasu na rozmyślania o sprawie James'a Hagan'a. Sondowanie znajomych gliniarzy nie dawało żadnych rezultatów. Najdziwniejsze było to, że po jakichś trzech dniach Hagan zniknął z mediów, pomimo, że obława trwała nadal. Gdy po tygodniu Chuck próbował w wolnej chwili znaleźć jakieś informacje w interencie okazało się, że lokalne media nigdy nie pisały o Haganie. Sprawa śmierdziała coraz bardziej i tylko natłok pracy nie pozwalał Chuckowi poświęcić jej więcej uwagi. Jedyne czego zdołał się dowiedzieć to, że ofiara, Amanda Smith okazała się być jedną z wielu dziewczyn szukających szczęścia w Vegas, która skończyła jako kelnerka w jednym z kasyn. Najprawdopodobniej po prostu miała pecha gdy wpadła na Hagana. A potem ten dziwny telefon od Eddiego. Spotkanie z Henrym Kurganem zirytowało Chucka. Gdyby facet nie został zapowiedziany przez Eddiego, no i gdyby Chuck nie widział co robił Hagan, wysłuchałby Henre'go z kpiącym uśmieszkiem i odesłał do wszystkich diabłów. "Nosiciel", "Artefakt" i tajne operacje wojska - całość na kilometr zalatywała Facetami w Czerni i całą tą bandą nawiedzonych ufologów. Tyle, że Chuck to widział. Ostatecznie umówił się z Kurganem na następny dzień i obiecał dowiedzieć się czego się tylko da. Ponowne sięgnięcie do starych znajomych z policji nie dało wielu efektów. Hagan dalej się ukrywał. Chuck dowiedział sie jedynie, że oficjalnie zaprzestano komunikatów, żeby nie wywołać paniki, natomiast wokół miasta utworzono kordon. Nieoficjalnie policjanci dostali rozkaz "shoot to kill" w razie natknięcia się na ściganego. Co więcej, po posterunku krążyły plotki, że smutasy z NSA straciły dwóch agentów którzy podobno trafili na Hagana i nie doczekali nadejścia wsparcia. Reszta była tajemnicą. Chuck próbował dotrzeć do wyników sekcji ofiary, w tym badań toksykologicznych, ale miał wrażenie, że wali głową w mur.

Niezależnie od tego czy Chuckowi uda się dowiedzieć czegoś więcej uda się na spotkanie z Kurganem. Nawał pracy nie pozwala mu zaangażować się w sprawę, ale lata doświadczenia mówią mu, że coś jest na rzeczy i jak stary pies gończy gotowy jest ruszyć w pościg jeżeli tylko znajdzie trop.

Do Romana: Las Vegas 16 września, popołudnie po rozmowie z Henrym Kurganem

	Spotkanie z facetem od Eddiego przebiegło nad wyraz spokojnie. Chuck nie dał po sobie poznać co myśli o całej historii. Esprit de corps też robił swoje. Może i były agent, ale ciągle CIA i FBI to dwa różne, współzawodniczące i nieprzystające do siebie światy. 
	Chuck po pracy pojechał bezpośrednio do domu. Miał do wykonania kilka telefonów. Pierwszy do starego przyjaciela. 
	Deckard i Malone rozmawiali ze sobą rzadko, ale jeśli już, to nie w błahych sprawach. Obaj niejednokrotnie ratowali się z opałów i wiedzieli, że mogą na sobie polegać. Szanowali jednak swoją prywatność. Tym razem sprawa była jednak poważna. Chuck siadł przy biurku i sięgnął po telefon. Jego ręka zawisła w powietrzu. Jego wzrok spoczął na niewielkiej rysie z boku aparatu. Podniósł go i przyjrzał się dokładniej. Wyglądało na uszkodzenie spowodowane upadkiem. Chuck był znany z ostrożnego obchodzenia się ze sprzętem. Nie ważne czy karabin maszynowy, czy porcelanowa zastawa. W jego życiu zdarzyło mu się coś upuścić na ziemię może raz czy dwa. Był absolutnie pewien, że nie on był przyczyną pęknięcia. Wyciągnął z szuflady szkło powiększające i obejrzał dokładnie aparat. Zauważył, że śruby od spodu obudowy są   delikatnie zarysowane. Rozkręcił je. Nie znał się na elektronice ale podstawowa wiedza agenta wystarczyła mu, żeby powiedzieć, że niewielki metalowy przedmiot wciśnięty w trzewia telefonu jest prawdopodobnie podsłuchem.
	Sumienne przeszukanie mieszkania nie zajęło mu wiele czasu. Praktyka. Nie udało mu się jednak znaleźć żadnych śladów wskazujących na włamanie. Chuck nie był w stanie powiedzieć kiedy założono podsłuch. Wyglądało na to, że była to robota profesjonalisty. Pół profesjonalisty – pomyślał patrząc na rysę. Nie przyglądał zwracał zbyt wielkiej uwagi na przedmioty otaczające go w mieszkaniu. Błąd, skarcił się w myślach, człowiek starzeje się, traci czujność. Tak czy inaczej, prócz telefonu do rodziców nie odbywał, żadnych ważnych rozmów. 
	Spokojnie wyszedł z mieszkania i pojechał na obiad do małej meksykańskiej restauracji. Nie zauważył, po drodze, żeby towarzyszył mu jakiś ogon. W knajpie poprosił o telefon. Jako, że był dobrym klientem nikt nie robił mu żadnych problemów. Da ekstra napiwek, powinno pokryć koszt połączenia. 
	Eddy odebrał telefon po drugim sygnale. Był rzeczowy i zwięzły. Kazał chwilkę poczekać i po chwili Chuck usłyszał niski, monotonny dźwięk. Głos Eddy'ego był lekko zniekształcony ale zrozumiały - To utrudnia podsłuch – rzucił tonem wyjaśnienia.  
	Kim jest ten Kurgan? Do diabła! Nie mam najmniejszego pojęcia. Ale sprawa śmierdzi i to nie chodzi bynajmniej o jakieś tam morderstwo. Według mnie chodzi o jakiś spieprzony wojskowy eksperyment, który wymknął się spod kontroli. Naturalnie ktoś musi posprzątać. Ale sprawa jest jeszcze bardziej zagmatwana. Możliwe, że ktoś chce w tym przeszkodzić.
	Pamiętasz Fursta? - Chuck przypomniał sobie potężnego czarnego oficera służb specjalnych. Spotkali się tego feralnego dnia, kiedy wszystko poszło w diabły i starannie zaplanowana akcja w Panamie zmieniła się w paniczną ucieczkę. Ludzie Fursta uratowali go tego dnia. Gość nie był zbyt gadatliwy a i Deckard nie był wtedy w nastroju na rozmowę. 
	Spotkałem gościa jeszcze raz – kontynuował Malone - kilka lat później, zmienił się nie do poznania. Podczas jakiejś tajnej misji w Afryce został ranny, stracił oko i na jakiś czas ślad po nim zaginął. Kiedy w końcu wrócił, spuścili go w kanał - Chuck dobrze znał to uczucie – facet się nie poddał i wrócił do służby. Nie pytaj mnie jakiej nie wiem. Przyjechał na moje bagno z teczką zawierająca papiery mordercy z Vegas – Eddy zawiesił na chwilę głos – Dana Hindmana. Poprosił o polecenie ci tego Kurgana. Powiedział, że to dobry gość do tej roboty. Ale sprawa jest nieoficjalna i potrzeba pomocy kogoś kto zna miasto. Wyciągnęli twoje papiery i tak się złożyło, że Furst nas zapamiętał. Nie wiem, czemu nie skontaktowali się bezpośrednio z tobą. Możliwe, że ze względów bezpieczeństwa. Słuchaj – pamiętasz co ci mówiłem wcześniej? O tym, że sprawa śmierdzi? To jakaś rozgrywka między Armią i Służbami. Nie mogę ci powiedzieć więcej. Po części dla tego, że sam nie wiem, a po części dlatego, że... - Zawiesił głos... To przysięga... Możesz się wycofać, ale powiem ci – grasz w drużynie niebieskich. Dorwij skurczybyka, nim te sukinsyny z Armii zrobią coś głupiego. 
	Chuck musiał się zastanowić co z tym wszystkim ma zrobić. Czy warto się w to pakować? Nie sądził, że może na tym zyskać, przeczucie mówiło mu natomiast, że ma duże szanse żeby stracić. Ufał Eddy'emu. Do pewnego stopnia – w końcu tego uczyli w akademii. Potrzebował więcej danych. Rozwiązaniem była rozmowa z Douglasem. Jego były przełożony był może oschły i nieprzystępny ale można był na nim polegać. Rozmowa była jak zwykle rzeczowa. Z uwagi na to, że Chuck przebywał w miejscu publicznym nakreślił sytuację tylko z grubsza. Odpowiedź szefa pozostawiła mu cień nadziei – Douglas obiecał, że oddzwoni, jeśli się czegoś dowie. 
	Teraz pozostawała jeszcze jedna rzecz do ustalenia. Dlaczego założono mu podsłuch. Chuck miał wrażenie, że wie gdzie szukać odpowiedzi. 

Mail od Andrzeja – 16 września, popołudnie, po rozmowie z Chuckiem Deckardem Coś tu sie nie zgadza, pomyślał Kurgan po rozmowie ze swoim kontaktem. Chuck Deckard nie należy do ludzi łatwo budzących zaufanie. Kurgan wielokrotnie spotykał takich wykolejeńców- byłych żołnierzy lub gliniarzy kończących jako ochroniarze w podrzędnym lokalu ze striptizem. Ciekawe, czy sam będzie tak musiał dorabiać do emerytury...

	Rozmowa była szybka i konkretna. James Hagan - tak, według Deckarda nazywał się teraz nosiciel. Historia opowiedziana przez Chucka zdawała się byc prawdziwą. Zawsze istniała mizerna szansa, że psychopata miał kamizelkę, a w szybie windy złapał jakiś kabel, ale było to mało prawdopodobne. Należy więc przyjąć wersję że Dan Hindman nie żyje, a “podróznik” wniknął w Hagana. Możliwe także, że Hindman używa fałszywego nazwiska.

W związku z tym trzeba ustalić: 1. czy Hagan to Hindman 2. okoliczności ewentualnej śmierci Hindmana 3. metody uniszkodliwienia obcego- z tego co pamiętam działa strzelanie w głowę 5.prawdopodobieństwo że obcy już opuścił Hagana i być może przejął kogoś, z kim Hagan się spotkał- czy jakaś ofiara przeżyła atak a po tym zaginęła ? 4.miejsce pobytu obcego - pomóc może lista nawyków i znajomych Hagana, przydatne będą jego akta Niełatwo będzie to zrobić bez dostępu do policyjnej bazy danych i akt śledztwa. W gazecie sprawdzam, kto prowadzi sprawę. Może go znam. Do Green nie piszę jeszcze - mam za mało informacji.

Czas na filiżankę kawy i do dzieła. Zaczniemy od przeglądania archiwum gazet. Mail do Andrzeja: 16 wrzesnia 1997, popołudnie-wieczór.

	Kurgan wyszedł z kasyna, zatrzymał się przy budce z hotdogami, kupił kilka gazet i lunch. W parku zagłębił się w lekturze. Szybko zorientował się, że traci czas. Nigdzie nie było żadnych wzmianek o Haganie ani Hindmanie. Nic, kompletnie nic. Wszystkie wiadomości były miłe, podnoszące na duchu i zachęcające do odprężenia się. Taka widać specyfika miasta. Kurgan postanowił najpierw zahaczyć o miejską bibliotekę a następnie przyjrzeć się miejscu spotkania Deckarda z Podróżnikiem. 
	Nie zdziwił się, kiedy okazało się, że prócz niego i starszej pani pełniącej funkcję bibliotekarki, wielki budynek jest pusty. W końcu w takim mieście tylko desperat sięga po słowo drukowane. 
	Poszukiwania zajęły sporo czasu. Ku zdziwieniu Kurgana w prasie nie pojawiły się, żadne wiadomości o wydarzeniach opisanych przez Deckarda. Ani słowa. Znalazł natomiast wiadomości dotyczące Jamesa Hagana. Dotyczyły one jednak zupełnie innej sprawy.

[uwaga – część powtarza się z mailami do Romana]

   Drugiego września działacze ekologiczni z organizacji People's of Gaia, chcieli zablokować przejazd wojskowego transportu paliwa do bazy Groom Lake. W czasie protestu jeden z nich – James Hagan dokonał ataku terrorystycznego. Tak przy najmniej twierdzi wojsko. Według przedstawiciela organizacji brutalna akcja wojska sprowokowała jednego z uczestników demonstracji do nieodpowiedzialnego czynu. Artykuł przedstawia jednak Hagana jako  szaleńca działającego pod wpływem narkotyków. W konsekwencji doszło do spalenia stacji benzynowej Pecos Texaco i śmierci kilku osób. Hagan zbiegł z miejsca tragedii i najprawdopodobniej ukrywa się gdzieś w Las Vegas. Osoba ta może być groźna, dlatego w wypadku napotkania go należy jak najszybciej powiadomić policję. Na końcu znajdowało się zdjęcie poszukiwanego. Nie było wątpliwości – Hagan z artykułu wyglądał kropka w kropkę jak Hindman z archiwów Green.
 [***********koniec wstawki********] 
 	Parking, o którym mówił Deckard, to ponury betonowy budynek przy Tropical Ave. Jakieś dziesięć minut na piechotę z Luxoru. Ciekawe jak zmienia się LV na przestrzeni tych kilkuset metrów. Oczywiście w raju nie ma miejsca na slamsy ale parking nie wygląda jak budowla z Disneylandu. Kurgnan wszedł do środka i poszedł w miejsce gdzie Deckard spotkał się z Podróżnikiem. Piętro jest zapełnione po brzegi samochodami. Wygląda jakby przeszło niedawno remont. Betonowe wsporniki pociągnięto farbą. Świetlówki w komplecie. Żadnych ślad po kulach. Henry zastanawiał się przez chwilę czy nie pomylił kondygnacji. Zszedł na niższe piętro. Zauważył, że remont tutaj nie dotarł. Miał wrócić, kiedy zatrzymał go okrzyk strażnika. Starszy gość z latarką w jednym ręku i pałką w drugim. Z początku był dość nieufny ale legitymacja FBI i pewność w głosie Henr'ego przełamała lody. Facet zaczął pracować tu tydzień temu. Nie słyszał, żeby doszło tu do jakiegoś przestępstwa, a już na pewno strzelaniny. Twierdzi, że jedyne co się tu działo niezwykłego to remont piętra o którym wspominał Chuck. Odmalowywano ściany i wymieniano świetlówki. A jeszcze jedno – ponoć wymieniano windę.
	Kurgan umiejętnie zadawał pytania i komentował odpowiedzi wzbudzając szacunek i zaufanie u ochroniarza. Bez wielkiego wysiłku przekonał go, żeby zaprowadził go do podziemi parkingu, gdzie znajdowała się maszynownia wind. Tam jak sądził powinien był spaść Hindman. Sądząc po wysokości wypadek powinien był go zabić. Henry przypomniał sobie jednak Santanę. Wiedział, że nie może tu stosować ludzkiej miary. Strażnik oświetlał drogę i opowiadał coś, czego Kurgan do końca nie słuchał. Szukał śladów. Bob – tak nazywał się ochroniarz – mówił, że był tu raz, kiedy przyjęli go do pracy. Nic ciekawego. Kurz i wilgoć. Maszynownia faktycznie była ciemnym i ponurym miejscem. Nagle Kurgan zatrzymał się i pochylił. Co to jest – wskazał na kratę zasłaniającą wejście do wąskiego tunelu. Bob wyjaśnił mu, że to tunel do kanału burzowego. Szły tutaj ścieki i jakieś kable. Kurgan przyglądał się solidnej kracie. Zastanawiało go dlaczego metal był świeżo pomalowany. Widział ślady farby na murze w miejscach sąsiadujących z kratą. Kontrastowało to z rdzą i szarością która królowała w tym miejscu. 

Od MG: Dostanie się do archiwów policyjnych jest trudne ale wykonalne. Trzeba tylko oprzeć się na pomocy Deckarda. Problem w tym jak go do tego przekonać. Kurgan w czasie rozmowy z Deckardem nie odniósł wrażenia, że ten ma na pokładzie pasażera. Z akt sprawy San Carlos wie, że wiąże się to zazwyczaj z nieopanowaną agresją i skłonnościami psychopatycznymi. Dowiedzenie się, co stało sie z ofiarą ataku powinno być proste – trzeba znaleźć szpital gdzie ją odwieziono. Legitymacja powinna rozwiązać języki. Odpowiedź Romana; Las Vegas, 16-17 września 1997 Sprawa zrobiła się zbyt poważna, by można ją było dalej lekceważyć. Chuck zaczął działać. Załatwienie kilku dni wolnego, po ostatnim młynie, gdy siedział po kilkanaście godzin na dobę w kasynie, było formalnością. Teraz należało dowiedzieć się o co chodzi. Zostawiwszy komórkę w domu, co zdarzało mu się regularnie, więc nie powinno wzbudzić podejrzeń, Chuck ruszył w miasto.

Chuck udał się do "Źródełka". O ile orientował sie, nie był śledzony, zresztą po co mieliby to robić, podejrzewał, że paskudztwo w jego telefonie działa też jako lokalizator. W "Źródełku" wczesnym popołudniem panowała cisza i spokój. Chuck siadł przy barze, zamówił mrożoną herbatę i czekał. Wiedział, że Pat w końcu się pojawi.

Chuck wybrał młodego zastępcę szeryfa z kilku względów. Chłopak był inteligentny, podobno dobrze sobie radził w terenie i rwał sie do akcji, a najazd smutnych panów w garniturach bardzo go drażnił. Namówienie go na współpracę będzie na pewno dużo łatwiejsze, niż jakiegoś starszego i rozsądniejszego gliniarza.

Czas płynął powoli. Chuck gawędził z Mike'iem o szaleństwie ostatnich tygodni, ale z licznych opowieści nie wyłowił nic ciekawego. Federalni miotali się po mieście i najwyraźniej nie mogli znaleźć zbiega. Miejscowa policja przestawiana przez federalnych była co raz bardziej podminowana. Podobno kilku najbardziej nieprzyjemnych agentów poważnie się zatruło i spędziło po kilka godzin w ubikacji, ale to tylko plotka.

Oprócz rozmów z Mike'iem Chuck dalej analizował sytuację i coraz bardziej rzecz mu sie nie podobała. Skąd zbieg z więzienia miał niby kamizelkę kuloodporną? Dlaczego Eddie mówił o Danie Hindmanie, jako o poszukiwanym mordercy? I na jaką cholerę przysłali tu Kurgana. Nieźle się trzymał jak na swój wiek, ale raczej nie wyglądał na zdolnego do długich pościgów.

W końcu w barze pojawił się Connor. Chuck spokojnie poczekał, aż zastępca szeryfa wypije piwko z chłopakami ze zmiany i ekipa rozejdzie sie do domów. Deckard wyszedł za nimi z baru, odczekał, aż rozejdą się do samochodów i podszedł do Connora.

- Cześć Pat, co słychać? - z sympatycznym uśmiechem na twarzy Chuck wyglądał jak personifikacja dobrego kumpla. - Cześć. Bez zmian. Przez federalnych żyć się nie da. - zniechęcenie aż rozlewało sie dookoła policjanta. - Masz chwilkę? Musimy pogadać. - mówiąc to Chuck pociągnął Pata w zaułek za barem. Chłopak zawahał się, ale ruszył za nim. - O co chodzi? Chyba nie będziesz mnie werbował do agencji? - Pat zaśmiał się urywanie i nerwowo rozglądnął czy nikt ich nie widzi. - Masz przy sobie komórkę? - przecząca odpowiedź zadowoliła Chucka (twierdząca spowoduje poszukiwanie podsłuchu). - Spokojnie, wiesz, że jestem na emeryturze. Chodzi o ten bałagan w mieście. Federalni wkurzyli nie tylko policję. Dziś znalazłem podsłuch w moim telefonie. Zaczynam mieć tego dość. Obaj wiemy, że ta sprawa śmierdzi. Proponuję wymianę informacji - ja powiem Ci co wiem z moich źródeł, ty powiesz mi co się dzieje u was. Zastanów się, będę czekał tu jutro na odpowiedź.

	Zostawiwszy Connor'a przy "Źródełku" Chuck pojechał załatwić jeszcze jedną sprawę. Wpierw kupił pudełko standardowej amunicji, a potem zestaw narzędzi. Pamiętając o tym co stało się na parkingu oraz o opowieści agenta Kurgana poświęcił pół nocy na lekką modyfikację amunicji. O 2.00 z satysfakcją spojrzał na równy rząd naboi ze zmodyfikowanymi czubkami - "Po tym nie uciekniesz" pomyślał z satysfakcją. 

Chuck wstał przed 10.00, zebrał sie leniwym tempem człowieka na urlopie i skontaktował z Kurganem korzystając z budki telefonicznej na ścianie sklepu dwie przecznice od jego domu. W krótkiej rozmowie Chuck ostrzegł Kurgana, że jego komórka jest na podsłuchu i wyznaczył spotkanie na północ w głównym barze kasyna hotelu Luxor.

O 22.00 Chuck spotkał się na tyłach "Źródełka" z Patem Connorem.

Miłej lektury.

Andy otrzymał stosowne informacje.

pozdrawiam Roman Odpowiedź Andrzeja; 16 wrzesnia 1997, popołudnie-wieczór.

	Kurgan wiedział już , że nienawidzi tego pier. miasta. Ot tak, bez konkretnego powodu... Dokładnie tak, jak się spodziewał,poszukiwania nie dały żadnego rezultatu. Przyjemniej na razie. Wojsko dokładnie czyściło swoje brudy. Miał jednak dwa kolejne pomysły.

1. Odnaleźć ofiarę. Jeśli chodzi o szpital w którym mogła się znajdować- w grę wchodzi albo rejonizacja miasta (można sprawdzić w necie) albo szpital wojskowy/policyjny. Ciekawe czy mają tu taki. 2.Po drugie - dowiedzieć się jak najwięcej o "rzekomym" Haganie. Prawdopodobnie cała historyjka o naćpanym ekologu jest wojskową mistyfikacją. Do tego będzie jednak potrzebny kontakt z tymi pier... zielonymi. Czy ktoś znał Hagana, i co może o nim powiedzieć? Tylko trzeba pamiętać żeby zostawić skórzaną kurtkę w domu, i tego dnia nie jeść mięsa - a nuż je wyczują. Do tego właśnie dzwonił ten ochroniarz, Deckard. Proponował nocne spotkanie. To może być pułapka (choć to mało prawdopodobne), ale ostrożność nie zawadzi. Trzeba się dobrze uzbroić i uważać. Może uda się załatwić dostęp do policyjnych archiwów. Pomysły na list do Romana: 17 Września 1997, późny wieczór

	Chuck wsiadł do samochodu. Przez chwilę obaj milczeli. Wyciągnął piersiówkę i podał Connorowi. Zwięźle przedstawił swoją historię. Młody zastępca szeryfa zapalił silnik i wyjechał na ulicę. Ręce trzęsły mu się lekko, lecz głos miał pewny.

Zaraz po tym jak zabrali ciało z parkingu a my zaczęliśmy sprzątać pojawili się tacy śmieszni goście. Wiem, że kręcili się po komisariacie już wcześniej. Zdaje się, że zajmowali się sprawa ataku na jakiś wojskowy konwój. Dziwni – przedstawili się jako agenci NSA i CIC. Słyszałeś kiedyś o CIC? Bo ja nie. W każdym razie sprowadzili na miejsce swoją ekipę i zrobili pełne badanie miejsca zajścia. W nocy zwołali w komisariacie odprawę. James Hagan, bo tak nazywa się według nich ten psychopata, to zbieg z więzienia stanowego. Pojawił się w mieście jakiś czas temu. Wkręcił się do grupy anarchistów zwanej Dziećmi Gai. Zdaje się, że facet ma żal do wszystkich a szczególnie do US Army. Podłożył granat zapalający pod ciężarówkę pełną benzyny lotniczej. W efekcie zginęły cztery osoby. Facet zwiał do miasta. Chyba odbiło mu zupełnie. Może się przestraszył a może po prostu zwariował. Zabił tę kobietę na parkingu. Zresztą sam znasz tą część historii. Jest byłym wojskowym, więc podpada pod ich jurysdykcję. Dali nam wytyczne, według których mamy go szukać, ale jak już go namierzymy to przekazujemy im pałeczkę. Twierdzą, że nie sobie z tym nie poradzimy. Oczywiście cała sprawa jest ściśle tajna. Nic nie wyciekło do prasy a wszyscy którzy uczestniczyli w zajściu dostali zakaz kontaktów z mediami. Nie wiem jak to zrobili ale nikt nie zwęszył, że coś jest nie tak. Burmistrz jest nawet zadowolony. Nie chce, żeby historie o psychopatycznych mordercach odstraszały turystów. Hagan przepadł jednak jak kamień w wodę. Nie wiadomo gdzie się podział. Sądzę, że zwiał z miasta ale oni twierdzą, że go nie opuści. Profil psychologiczny i jakis inny powód. Nie mam pojęcia jaki – krewny? Osoba którą chce zabić?Szykują dziś jakąś grubszą akcję. Wczoraj przyjechał taki wielki facet i przejął dowodzenie. Nazywa się Clayton, Bernard Clayton. Przyjechał z kilkoma innymi gośćmi i jakimś sprzętem. Widziałem jak wypakowywali jakieś skrzynie. Jeden z nowych wygląda jak jajogłowy – może jakiś psychiatra? Nie wiem. Reszta w każdym razie wygląda na SWAT, czy coś takiego. Szef dostał szału ale Clayton zgasił go jednym papierem i kilkoma słowami. Jezu, jaki ten facet ma głos. Aż mi ciarki przechodzą na samo wspomnienie. Chuck nie przerywał. - Twoja rzuca światło na całą tą historię. I wcale nie jest bardziej zwariowana od tego co wymyślają chłopaki. To ma sens. Wojsko, cała ta konspiracja. Nie wiem czy Dan Hindman i James Hagan to jedna i ta sama osoba ale pewnie tak. Nie wiem co chcesz zrobić, ani czemu chcesz się w to mieszasz. Może lepiej nie wiedzieć.

	Chyba dziś planują akcję. NSA zabrało swoje zabawki i wyruszyło na łowy. W kwaterze zostało dwóch techników. Nie mam pojęcia gdzie się zmyli. Policja dostała nakaz, żeby trzymać się z daleka. Jeśli jesteś na tyle szalony żeby próbować się dostać do części komisariatu zajętego przez tych typków to droga wolna. W tej kopercie znajdziesz parę przydatnych rzeczy – Connor wskazał na skrytkę mapy. Chuck wyciągnął z niej szarą kopertę. W środku był plan budynku, klucze i karty magnetyczne. - Musieliśmy wynieść się z lewego skrzydła budynku. Żaden z chłopaków nie będzie zadawał ci żadnych pytań. Oczywiście jak coś spieprzysz, to wsadzimy cię za włamanie. O'Hare byłby wniebowzięty. 

List do Andrzeja: Las Vegas, 17 Września 1997,

	Henry obudził się o trzeciej w nocy. Bolała go głowa, czuł suchość w ustach. Miał złe przeczucia. Nie potrafił tego wytłumaczyć. To pewnie rana, pamiątka po służbie w Wietnamie. Przewrócił się na drugi bok i próbował zasnąć. 
	Przedpołudnie w bibliotece. Jak na studiach. Cholera. Nużące przeszukiwanie archiwalnych gazet, książek telefonicznych, stron internetowych. W końcu, kiedy zaczął tracić nadzieję natrafił na wzmiankę o Dzieciach Gai. Według krótkiej wzmianki w miejscowej gazecie była to niewielka, acz krzykliwa grupa eko-aktywistów, łowców UFO i podobnych dziwaków. Artykuł wspominał, że spotykają się w klubie Cancun, położonym w oddalonej od centrum i niezbyt popularnej dzielnicy. 	Odpowiedź, gdzie odwieziono ofiarę ataku Podróżnika wydawała się nieco trudniejsza. W książce telefonicznej znajdowały sie adresy ponad 100 szpitali. Jeśli karetka została przysłana z najbliższego miejscu zdarzenia ośrodka, to miejscem do którego należało się zwrócić był Szpital Uniwersytecki przy West Charlestone Blvd. 
	Uzbrojony w tą wiedzę Henry postanowił udać się najpierw do szpitala. Przebrał się przy okazji, porzucając ukochaną skórzaną kurtkę. Stwierdził, że odpowiedni wygląd powinien dodać mu nieco autorytetu. Piętnaście minut po wyjściu z hotelu rozmawiał z recepcjonistką, rozglądając się badawczo po sterylnych wnętrzach szpitala. Jakoś nie dotarł tu wszechobecny w LV blichtr. Widocznie nie bywało tu zbyt wiele bogatych pacjentów. A może to konsekwencja akademickiego konserwatyzmu? 
	Hall tętnił życiem. Lekarze i pielęgniarki przechodzili szybkim krokiem przerzucając się  łacińskimi nazwami, pacjenci na wózkach zabijali czas opisując towarzyszom przeliczne schorzenia. Telewizor ustawiony w kącie nadawał jakiś program sportowy. 

Kurgan postanowił rozegrać to po najprostszej linii oporu. Machnął legitymację i poprosił uprzejmie o skierowanie go na patologię. Chwilę później zjechał windą do piwnicy i wszedł do szerokiego korytarza. Drogę zagradzały mu drzwi. Nacisnął dzwonek. Z najbliższego pokoju wyjrzał młody chłopak i podszedł do drzwi. Uśmiechnął się i uchylił je. Nozdrza Kurgana wypełnił ostry formaliny. Cześć! W czym mogę pomóc? - Kurgan przedstawił się i pokazał legitymację. Widzę, że jesteśmy ostatnio niezmiernie popularni. Proszę wejść – chłopak odsunął sie od drzwi i zrobił przejście - Mam na imię Owen. - wyciągnął rękę do powitania - W czym konkretnie mogę pomóc? Szukam informacji na temat ofiary morderstwa, popełnionego 3 września. Według policyjnych papierów ciało zostało przewiezione właśnie tutaj. Chciałem porozmawiać z patologiem, który robił sekcję. Rozumiem, chyba nawet wiem o co chodzi. Neil robił sekcję ofiary morderstwa, zdaje się, że dwa tygodnie temu – Owen prowadził Kurgana korytarzem, nie przerywając – Ma Pan jednak pecha. Wczoraj wieczór zadzwonił, że wyjeżdża na dwutygodniowe wakacje, więc raczej panu nie pomożemy. - O, tutaj jest kostnica – Kurgan rzucił okiem na czyste pomieszczenie zatopione w świetle jarzeniówek. Po drodze zauważył drzwi z napisem dr Neil Ischer. Owen kontynuował – Pamiętam, że był bardzo podekscytowany. Podobno znalazł jakieś ciekawe ślady i nie mógł do końca wyjaśnić przyczyny zgonu. Potem pojawili się pańscy koledzy i zażądali wydania ciała, oraz zebranych materiałów. Ponoć to grubsza sprawa dotycząca zbiega z więzienia stanowego. Neil się wściekł ale nic nie mógł zrobić. Jeszcze sprawdzę w rejestrze. Proszę poczekać.

	Henry cofnął się o kilka kroków pod gabinet Ishera. Sprawdził, drzwi były zamknięte. Pech, nie znał się na włamaniach. Przynajmniej nie od strony włamywacza. 
	Owen wyszedł tymczasem z biura trzymając w ręku plik papierów. 

Proszę spojrzeć – chłopak podsunął papiery w stronę Kurgana - Ciało zostało zabrane czwartego września. - Na formularzu widniał podpis niejakiego Roberta Bishopa. - Zapiszę Panu numer telefonu Neila, niestety nie mogę nic więcej zrobić. - Twarz młodego lekarza wyrażała szczere zmartwienie. Bardzo dziękuję, był Pan bardzo pomocny – powiedział Henry i odwrócił się do wyjścia. Cholera. To na nic. Wojsko zaciera wszystkie ślady. Może uda się skontaktować z tym Isherem – pomyślał. Mamy teraz porę lunchu, może się Pan do nas dołączy – zapytał Owen. Nie dziękuję, jestem bardzo zajęty – odpowiedział Kurgan. Z jednego z gabinetów wyszła młoda dziewczyna i we trójkę z Kurganem wyszli z wydziału Patologii. W pewnym momencie Owen zaczął przeszukiwać kieszenie, przeprosił i wrócił do drzwi wejściowych. Kurgan zauważył, że chłopak wbija kombinację czterech cyfr na klawiaturze. Uśmiechnął się, odwrócił do dziewczyny i chwilkę z nią porozmawiał.

	Kiedy rozstał się z sympatyczną parą, poczekał aż znikną mu z oczu i wrócił pod drzwi. Dobra pamięć to podstawa pracy agenta. 
	Kurgan sądził, że gdzieś powinny znajdować się zapasowe klucze do gabinetu Ishera. Nie mylił się. W pokoju, w którym Owen szukał papierów, na ścianie wisiała szafka z podpisem “Klucze”. Ach ci naukowcy - pomyślał z rozbawieniem – i po co uciekać się do włamań skoro wystarczy poszukać. 
	Jedno spojrzenie na pokój Ishera sprawiało, że Kurgan zwątpił przez chwilkę w celowość  swojej tu obecności. Stosy papierów, notatki walające się bezładnie po biurku, spleśniała kawa na monitorze Maca. Tragedia. Już po chwili Henry potknął sie i przewrócił na ziemię stos papierów. Kuuurwa! Jeśli nie będzie miał pecha to powinien mieć pół godziny czasu. Przeszukiwał papiery, nie mając za bardzo pojęcia czego szukać. Włączył komputer. Niestety dostępu do danych broniło hasło. Wtedy Kurgan przypomniał sobie o dysku od Green. Włożył go do komputera. Po kilku minutach okazało się, że dzięki sprytnemu programowi pokonał zabezpieczenia. 

Na dysku znalazł kilka dokumentów. Zaciekawiła go plik zawierający, jak stwierdzał tytuł manuskrypt pracy dotyczącej nieznanego czynnika paraliżującego układ nerwowy. Ostatnia modyfikacja pliku pochodziła sprzed kilku dni. Przesłał je na swoje konto pocztowe. Prócz pliku na komputerze nie znalazł nic ciekawego. Rozejrzał się jeszcze raz po pokoju. Miał coraz mniej czasu. Wtedy rzucił mu się w oczy poplamiony brudnopis spoczywający na biurku. Przejrzał go pobieżnie. Wyglądał na dziennik badawczy Ischera. Zapisy z czwartego września potwierdzały, że prowadził sekcję zwłok niejakiej Amandy Smith.

	“Jezu, co to może być? Nie widziałem czegoś takiego, chociaż siedzę w tej robocie od dziesięciu lat. Pobrałem próbki i przeprowadziłem analizy. Całe szczęście, że zdążyłem, zanim pojawili się co kolesie z FBI. Dobrze, że zrobiłem kopię raportu. To skandal. Musze napisać protest w tej sprawie. Ale nieważne. Próbowałem wyizolować czynnik aktywny z płynu zebranego w płucach denata. Zaaplikowałem go do hodowli tkankowej. Efekt był zdumiewający, pomimo, że stężenie było bardzo niskie. Przeprowadzę jeszcze kilka eksperymentów.”

Kilka następnych wpisów z datami 5-9 września zawiera opisy eksperymentów

	Ostatni wpis pochodzi z 14 września.
	“To niesamowite odkrycie. Ciągle nie ustaliłem pełnej struktury chemicznej czynnika ale opis jego działania wystarczy. Skończyłem pisać list do Lanceta. To będzie bomba. “

	Na ostatniej stronie Kurgan znalazł zgiętą na pół kartkę, ksero raportu Ishera. Schował go w kieszeni i spojrzał na zegarek. najwyższy czas, żeby się zbierać. Wyszedł szybkim krokiem. 

	Kurgan zjadł lunch i zadzwonił na numer podany przez Owena. Odebrała automatyczna sekretarka. Odwiesił słuchawkę bez słowa. Co teraz?

	Cancun. Adres znalazł w książce telefonicznej. Wynajął taksówkę i pojechał na południe. Klub mieścił się niedaleko lotniska na Blue Diamond Road. Kurgan domyślał się, że nazwa jest raczej pobożnym życzeniem, bo z daleka było widać, że to tak zwana “zła” dzielnica. Klub mieścił się w niskim, metalowym baraku a wielki szyld z migoczącą neonową palmą raczej nie zachęcał do odwiedzin. Już w wejściu Kurgan zrozumiał, że popełnił błąd. Otoczyła go woń kadzideł i marihuany. Wnętrze miało wystrój psychodeliczny – miał wrażenie, że takiego określenia używa się na różnobarwne plamy z przeważającą ilością koloru różowego. Zdaje się, że to miejsce spotkań artystów. 
	Zamówił piwo. Przynajmniej kelnerki były ładne, choć na jego gust strój przypominający to co nosili anarchiści w czasach wojny w Wietnamie powinien być zakazany. Klub był pustawy. Jeszcze wcześnie, pomyślał i sięgnął po stos leżących na stoliku broszurek. Oczywiście lewackie gówno. Przeciw wojnie, przeciw zatruciu środowiska nawet przeciw pierdolonym hamburgerom. Komuniści. Pokój bracie, życie z zgodne z naturą i wegetarianizm. To tyle jeśli chodzi o steki. Jednak gazeta, którą przeczytał w bibliotece nie kłamała. Pośród ulotek znalazł zaproszenie na spotkanie poświęcone “Poszukiwaniu równowagi wewnętrznej w zgodzie z Prawami Gai”. Prelekcja miała odbyć się dzisiaj. Spojrzał na zegarek – miał jeszcze pół godziny. Dopił piwo, zapłacił i zapytał kelnerkę o spotkanie. Zaprowadziła go do dużej, jasno oświetlonej sali. W środku rozstawione było kilkanaście krzeseł. Kilka osób rozmawiało albo czekało w milczeniu na kogoś, kto miał pojawić się na podium. Po strojach od razu było widać, że to Lewacy. Chyba przyjście tu w marynarce nie było dobrym pomysłem z drugiej strony ubranie skóry raczej nie poprawiłoby sytuacji. Po piętnastu minutach sala była pełna. Jakieś ubrane w zwiewne togi dziewczyny przygasiły światło i rozpaliły kadzidełka. Z ukrytych mikrofonów popłynęła hipnotyzująca muzyka. Świetnie, pomyślał Kurgan. Trafiłem na spotkanie jakiejś sekty. Jakby na potwierdzenie na sali pojawił się “Mistrz”. Taki przynajmniej wniosek można było wyciągnąć słuchając radosnej wrzawy jaką wywołało pojawienie się starszego gościa w fioletowej todze, o długich włosach i bródce. Wyglądał jak mało udana i podstarzała kopia Jezusa. Monotonnym głosem zaczął zawodzić jakąś pieśń bez słów. Ludzie podchwycili to i dołączyli się do niego w niezorganizowanej ale zapewne bardzo inspirującej kakofonii dźwięków.  Wtedy zza pleców mistrza wypłynął ekran i pojawiły się obrazy. Zbitka przedstawiająca różne efektowne zdjęcia fabryk, elektrowni atomowych, tankowców, przeplatana obrazami martwych zwierząt i spustoszonych lasów. Zebrani wydawali się poruszeni. W pewnym momencie na ekranie pojawił się obraz płonącego budynku. Na sali rozległ się krzyk. Jakaś młoda dziewczyna poderwała się i ze szlochem wybiegła z sali. Kurgan nie wiedział jak zareagować. Poczekał cierpliwie do zakończenia ceremonii, która przeciągała się  według niego niemożliwie, po czym zaczął delikatnie rozpytywać ludzi o Hagana i zajścia na stacji benzynowej “Pecos Texaco”. Trudno było coś od nich wyciągnąć ale w końcu ustalił, że drugiego września niewielka grupa aktywistów próbowała zablokować konwój wojskowy. Według nich Hagan pojawił się  organizacji niedawno, znali go słabo. Nikt nie był w stanie opisać co się dokładnie stało i jak demonstracja przerodziła się w tragedię. W końcu Hagan postanowił zapytać o dziewczynę, które wybiegła z sali podczas ceremonii. Dowiedział się, że miała na imię April Shaver i że uczestniczyła w demonstracji. Ciekawe. Postanowił ją odnaleźć. Okazało się, że zamknęła się w żeńskiej ubikacji. Kelnerki twierdziły, że zupełnie się rozkleiła i pewnie jej odbiło. Znowu użył starego triku. Obsługa knajpy była uszczęśliwiona kiedy stwierdził, że jest krewnym dziewczyny. Wszedł do do toalety z lekką niepewnością. Nie była to jego pierwsza wizyta w żeńskiej toalecie ale jakoś nie zdążył jeszcze nabrać wprawy. April zamknęła się w ubikacji. Głośno szlochała. Kurgan podsunął usiadł na skraju umywalki i zaczął rozmawiać. Wiedział, że jest w tym dobry. Miał dar. Umiał słuchać ludzi a oni słuchali go. Minęła ponad godzina zanim April opuściła swoją  kryjówkę. Wyglądała strasznie, ale najwidoczniej rozmowa jej pomogła. Henry uścisnął ją i odwiózł do jej domu. Zostawił jej numer samochodu i wrócił do hotelu. W drodze powrotnej rozmyślał nat tym czego dowiedział się od dziewczyny. Jej opowieść była chaotyczna ale udało mu się poskładać kilka faktów. 
	Dzieci Gai postanowiły zablokować drogę z bazy wojskowej Groom Lake i zatrzymać transport wojskowy. Lider grupy – Simmon Kitts zaplanował, że najlepszym miejscem będzie stacja benzynowa przy drodze numer 375. Zatrzymali się na parkingu i rozsiedli przy drodze w oczekiwaniu na kolumnę samochodów. April musiała iść do toalety, więc skierowała się na stację. Przy kasie nie było nikogo. Weszła do środka - pusto. Nikt nie odpowiadał na jej wołania. Chciała zawołać kolegów, kiedy zobaczyła, że za kontuarem leży ciało. Krzyknęła. Wtedy zobaczyła mężczyznę. Nagi do pasa, pokryty krwią, dzierżył w dłoniach wielki klucz francuski. Krzyknęła jeszcze raz i wtedy rzucił się na nią. Pamięta, że padła na ziemie. Zobaczyła, że ciało za kontuarem należy do martwej kobiety o bladej wykręconej grymasem strachu twarzy. Chciała krzyknąć ale brakowało jej sił. Myślała, że zginie ale  morderca minął ją i wyszedł z budynku. Po chwili usłyszała pisk opon. Pamięta, że potem ktoś ją opatrywał, słyszała okrzyki a jakiś mężczyzna w czarnych okularach pokazywał jej zdjęcie mordercy i mówił, że miał na imię James Hagan. Że musi to zapamiętać i że to bardzo ważna rzecz. Pamięta igłę strzykawki mrowienie ramion. Potem miała sen. Śnił jej się wielki pożar. Płonące budynki i samochód...

	To mniej więcej tyle. Tylko co to do licha może znaczyć?

Odpowiedź Romana 17 wrześna 1997, Las Vegas

	Spotkanie z Kurganem przebiegło bez zakłóceń. Chuck wiedział, że wybrał najlepsze miejsce. Stolik przy którym siedział nie znajdował się w polu obserwacji kamer, gwar rozmów praktycznie wykluczał podsłuch. Była szansa, że jeszcze nikt nie wiedział co zamierzają. 

Informacje Kurgana niewiele wyjaśniły. O wiele ciekawszy był raport medyczny, który Chuck przejrzał dopiero w domu. Nie bardzo rozumiał medyczny żargon, ale w pewnym uproszczeniu wyglądało to na robotę jakiegoś wampira. A biorąc pod uwagę co Chuck widział był gotów uwierzyć, że facet pija krew.

Przygotowania do akcji nie zajęły Chuckowi wiele czasu. Dwie pojemne przenośne pamięci i aparat cyfrowy z dużą kartą pamięci nabył za gotówkę w sklepach w mieszkalnej części miasta. W domu starannie sprawdził czy sprzęt działa. Następnie odkurzył zestaw którego używał do włamań. Co prawda klucze dostarczone przez Pata zapewne działały, ale lepiej się zabezpieczyć. Teraz należało tylko zapoznać się z planami budynku.

Plan był prosty. Po wyjeździe federalnych na akcję, Kurgan miał wejść i zająć rozmową dwóch którzy zostali. Chuck miał zamiar bocznym wejściem od strony parkingu dostać się do części budynku zajmowanej przez federalnych i skopiować tyle wiedzy ile się da, a potem wyjść po cichu. Była szansa, że nikt niczego nie zauważy. Zresztą gdyby go złapali nie groziła mu kulka ani agonia na sali tortur jak w Ameryce Południowej, więc w sumie akcja nie była tak ryzykowna.

I jeszcze jedno, żadnej broni. Zostawił w domu spluwę, nie wziął nawet noża. Wpadka z bronią byłaby dużo gorsza do wytłumaczenia.

21.45

Chuck siedzi naprzeciw komisariatu w StarBucks. Ubrany w ciemne ciuchy nie wyróżnia się z tłumu. Sprzęt ma rozmieszczony w kieszeniach, nie ma go dużo i zupełnie nie rzuca sie w oczy. Przed 22.00 z komisariatu wyjeżdża kilka czarnych samochodów terenowych z ciemnymi szybami. Chwilę później druga kolumna, tyle, że uzupełniona o ciężarówkę SWAT'u. Chuck czeka spokojnie obserwując okna komisariatu. Wszędzie ciemno i spokojnie, jedynie w jednym pomieszczeniu widać jakąś aktywność.

Odczekawszy 10 minut Chuck rusza w kierunku parkingu przy komisariacie. Bez problemu schodzi na dół, klucze od Connora działają. Ostrożnie przemieszcza się w kierunku drzwi wykorzystując martwe pola kamer. Chwila napięcia przy drzwiach i jest już w środku. Federalni są na tyle pewni siebie, że nie zmienili kodów.

Teraz najtrudniejsze. Chuck najciszej jak potrafi rusza w głąb budynku. Wie, gdzie jest laboratorium, bo przejęto je od lokalnej policji i najwyżej doposażono. W oparciu o rozkład pomieszczeń wytypował gdzie mogą znajdować się zaplecze techniczne i centrum dowodzenia.

Z oddali słyszy odgłos toczącej się rozmowy, ci którzy zostali siedzą w dyżurce przy wejściu. Chuck nie wie, czy jest z nimi Kurgan. Powoli rusza w kierunku laboratorium, pod drzwiami nasłuchuje chwilę, a potem ostrożnie wchodzi do środka.

Odpowiedź Andrzeja: 17 wrześna 1997, Las Vegas

"Kocham to miasto", pomyślał zgryźliwie Kurgan.Pożegnał się z Deckardem, przegrał 10 dolców w kości. Przyjrzał się na wpół rozebranym hostessom w kostiumach Kleopatry i byłemu mistrzowi wagi ciężkiej przebranemu za faraona. Grupka zakonnic właśnie zapraszała go do wspólnego zdjęcia. Deja vu. Brakowało tylko Marsjan i Jacka Nicholsona... O w mordę, ten ostatni właśnie wszedł. Sprawdzał jeszcze czy miał ogon......

	Taksówka, prysznic, zimne piwo, mecz w TV - takie plany miał nasz bohater na

wieczór. Dopił zimną już kawę i wyszedł z kasyna. Szybo znalazł się w pokoju hotelowym. W NHL właśnie zaczęła się faza play-off. W przerwach między tercjami Kurgan układał plan. Jeśli pokaże się na posterunku, wojsko będzie wiedzieć o jego obecności. Udawanie kogoś innego nic nie da. Może lepiej po prostu wywalić kawę na ławę... Zdenerwowani, zestresowani porażką, mogą popełnić jakiś błąd. Kurgan zamierzał wparować więc na posterunek, i przedstawić się jako glina badający sprawę z San Carlos. Oczywiście jest przygotowany ma mówienie o Hindmanie, nie Haganie. Nawet jest w stanie wygadać się tym, czego się dowiedział od ćpunów- że wojsko sfingowało wybuch by ukryć masakrę. Ani słowa o Deckardzie! Będzie domagał się widzenia z Bishopem. Trzaśnie o stół raportem patologa. Oczywiście nasz heros nie wierzy, iż wojskowi są tak głupi, by mógł im zrobić wodę z mózgu. Po prostu zamierza zwrócić na siebie uwagę, zagadać straż maksymalnie długo. Może uznają go za dostatecznie niebezpiecznego, by zaproponować pozostanie i zaczekanie na jakiegoś ważniaka. A jeśli nie - no cóż. Kurgan kupił dzień wcześniej mały kieszonkowy paralizator. Powinien bez problemów przejść z nim przez bramkę. Przymocował go solidnie do wewnętrznej kieszeni marynarki i nastawił na niską moc. Postaramy się zagrać mały atak serca... na szczęście nie mam rozrusznika... Głośne wydzieranie się, teatralne chwycenie za pierś i łup. Nie ma że boli. Wypadało by to wypróbować na jakimś emigrancie albo bezdomnym. Agent Kurgan miał jednak dobre serce. 17 września 1997, Las Vegas, późny wieczór Kurgan stał przed posterunkiem policji. Po raz ostatni powtórzył w myślach szczegóły swojego planu. Wiedział, że gdzieś w pobliżu Deckard przygotowuje się do działań znacznie bardziej ryzykownych niż jego własne. Musiał przyznać w duchu, że facet miał jaja. Oby mu się powiodło. I mnie też - pomyślał. Wziął głęboki wdech i ruszył zdecydowanym krokiem do głównego wejścia. Młody policjant siedzący w recepcji był więcej niż pomocny. Nawet nie przyglądał się specjalnie legitymacji. Skierował Kurgana do piwnic. Cała lewa strona kondygnacji została zajęta przez wojskową agencję śledczą. Przy wejściu stał wartownik w mundurze żandarmerii wojskowej. - Dobry wieczór, nazywam się Henry Kurgan, jestem pracownikiem FBI i chcę spotkać się z pańskim dowódcą. - Henry wyciągnął legitymację i podstawił ją pod nos strażnikowi. Wojskowy wyglądał bardziej na żołnierza sił specjalnych, niż żandarma. Potężnie zbudowany z szeroką szczęką i krótką fryzurą mierzył Henrego wzrokiem, który nie krył wyższości. Przez chwilę trwała cisza. Henry miał już otworzyć usta, żeby przemówić osiłkowi do rozsądku, kiedy drzwi za wartownikiem otworzyły się i wyszedł z nich mężczyzna w cywilnych ciuchach. - Proszę do środka - wskazał ręką - Nazywam się John Reynolds, Wojskowe Służby Śledcze - zawiesił głos w oczekiwaniu na odpowiedź. - Henry Kurgan, FBI. - Henry otaksował wojskowego wzrokiem. Wysoki, szczupły o pociągłej twarzy i rybich oczach. Nie sprawiał wrażenia osoby, którą można polubić. - Napije się pan kawy? - Henry potrząsnął przecząco głową na propozycję Reynoldsa. Weszli do niewielkiego pomieszczenia, sądząc po wyglądzie służącego do przesłuchań. - Proszę się rozgościć, za chwilę z Panem porozmawiam. - Reynolds zniknął w korytarzu nim Kurgan miał szansę odpowiedzieć. Pewnie, że się rozgoszczę pomyślał sarkastycznie. Usiadł na twardym drewnianym krześle i wyciągnął teczkę z dokumentami. Kurgan zaczął rozglądać się dookoła. Szybko zauważył, że sala przesłuchań znajdowała się w nie najlepszym stanie. W miejscu gdzie powinno znajdować się lustro weneckie wstawiono kawał dykty. Najwyraźniej przerwano niedawno remont, ponieważ ciąg wentylacyjny był wypatroszony. Dochodził z niego monotonny szum komputerów. Wydawało mu się, że słyszy głosy rozmowy, jednak nie był w stanie wyłowić jej treści. Reynolds wszedł do pokoju trzymając w rękach kubki z kawą. Jeden postawił postawił przed Kurganem. Usiadł przy stole, naprzeciwko i wyszczerzył zęby w paskudnym uśmiechu. - Tak, więc co pana do nas sprowadza o tak późnej porze panie Kurgan? Przyznam, że wybrał pan czas dość niefortunnie. - Dan Hindman... Czy mówi panu coś to nazwisko? - Henry uważnie przyglądał się twarzy swojego rozmówcy. Był pewien, że pojawiło się na niej zaskoczenie. Przez moment. - Czemu pan pyta? Agent był zbyt dobrze wyszkolony by pozwolić sobie na więcej niż chwilę rozproszenia. Ale to wystarczyło. - Dan Hindman był przedstawicielem Wojskowych Służb Śledczych wydelegowanym do pochwycenia Manuela Santany - dezertera ukrywającego się w rezerwacie San Carlos w Arizonie. Osoba ta była podejrzewana o dokonanie serii mordów na mieszkańcach i turystach odwiedzających rezerwat. Powołując się na prerogatywy Służb Śledczych skonfiskował ciało uniemożliwiając zakończenie przez nas śledztwa. - Być może, ale jaki ma to związek z nami? - Tym razem w głosie Reynoldsa dało się wyraźnie wyczuć zdenerwowanie. - Mam pewne powody, by sądzić, że Dan Hindman i James Hagan to jedna i ta sama osoba. Morderca - twarz agenta przybrała śmiertelnie poważny wyraz. Następne minuty było dla Kurgana wyczerpujące niczym przepłynięcie kilkunastu długości basenu. Odpowiadał na pytania Reynoldsa, który najwyraźniej kupił historię. Rozsądek kazał Kurganowi pominąć milczeniem panią Green, Stephena Alzisa i kilka innych interesujących rzeczy. Niemniej jednak nieudolność wojskowych i ślady pozostawione przez Hindmana/Hagana były wystarczające do skonstruowania wiarygodnej opowieści, wyjaśniającej skąd do licha pojawił się tu urlopowany agent FBI. Tak przynajmniej mu się wydawało. - Kapitanie? - Do pomieszczenia wszedł strażnik, którego Kurgan spotkał przy wejściu.- Mamy gościa.

   * Widzę, że jesteśmy tego wieczora niesłychanie popularni - w głosie 
     "kapitana" pobrzmiewała ironia. - Wprowadzić go! 

Cholera! Złapali go! - Kurgan zaklął w myślach ale nie dał po sobie poznać, że zna Chucka, który skuty kajdankami wszedł do pokoju. Zachował zimną krew, również nie okazując najmniejszych oznak, że rozpoznaje Chucka.

   * Nazwisko? - Wszelka uprzejmość wyparowała z głosu Reynoldsa bez 
     śladu. Chuck odpowiedział spokojnie. 

   * Zdaje sobie Pan sprawę, że popełnił Pan przestępstwo? W dodatku 
     przeszkadza Pan w przeprowadzaniu operacji wojskowej, narażając 
     tym samym jej powodzenie? - Reynoldsa najwyraźniej denerwował 
     spokój Deckarda. Ten zaś milczał wpatrując się obojętnie w twarz 
     kapitana. 
   * Ma pan coś z tym wspólnego - Reynold zwrócił się do Kurgana z 
     głosem pełnym podejrzeń. Henry zaprzeczył. 

Reynolds nabrał powietrza i już miał rozpocząć tyradę, kiedy do pokoju wpadł niski, łysawy mężczyzna.

   * Kapitanie, pułkownik Clayton pana wzywa. 
   * Kennard, miej na nich oko! - Reynolds, zwrócił się do jednego ze 
     strażników i wyszedł z pokoju. 

Kennard wyszedł za nim, zamknął i zamknął drzwi. Kurgan usłyszał dźwięk przekręcanego klucza. Zapadła cisza.

  • W sali obok usłyszeli podniesione głosy. - Zaczęło się! Zaraz go dorwą!*
  • Chuck podniósł się z krzesła i podszedł do wylotu kanału wentylacyjnego, z którego dobiegał głos. Obaj słyszeli wyraźnie trzaski dobywające się z głośników sprzętu komunikacyjnego. *
   * *Wallis, widzisz cel? - w radiu odezwał się głos nieznanego 
     mężczyzny. - Wallis? potwierdź, że widzisz cel.* 
   * *Pułkowniku Clayton, melduję, że straciłem kontakt wizualny z 
     Wallisem.* 
  • Następnie z głośników popłynęła seria rozkazów. Ktoś w pomieszczeniu odezwał się - Kapitanie Reynolds, potwierdzam *brak odczytów ze monitora Wallisa.
   * Clayton tu Reynolds - właśnie straciliśmy widok z głównej kamery. 
     Co tam się do licha dzieje! 
   * Widzę cel, powtarzam widzę cel (nieznany głos). Odgłos serii z 
     broni maszynowej, jęk bólu. 
   * Trafiłem go, trafiłem go! (Nieznany głos). 

   * O mój boże ja krwawię! (nieznany głos). 
   * Jervis, co robią twoi ludzie, zamelduj się natychmiast! (głos 
     należący do Claytona) 
   * Zimno, czemu tu tak zimno! (nieznany głos) 
   * Nic nie widzę! (kolejny nieznany głos) - Odgłosy strzałów. Cisza. 
     Odgłos eksplozji. 
   * Kapitanie Reynolds, żadna z kamer nie działa! (głos technika z 
     pomieszczenia obok) 
   * O Boże! Co tam się dzieje! (głos Reynoldsa) - znowu odgłosy 
     wystrzałów. 
   * Artefakt przemieszcza się. (technik) 

W głośniku słychać ciężkie sapanie, potem krztuszenie się i odgłos pękających kości. Po nich chwila ciszy, a potem poruszający wrzask absolutnego terroru. Cisza... - Kapitanie Reynolds... Straciliśmy łączność z zespołem uderzeniowym.(Technik)

   * Kurwa mać! To mi się śni! (Reynolds) 

W pomieszczeniu obok musiał rozgrywać się czysty i nieokiełznany chaos. Reynolds wykrzykiwał kolejne rozkazy, technicy wyrzucali z siebie coraz bardziej rozpaczliwe komunikaty. Chuck i Kurgan zdawali sobie sprawę, że sytuacja wyrwała się zupełnie z pod kontroli. To była ich szansa. Musieli ją wykorzystać. 17 września 1997, późny wieczór – list do Romana

 Chuck czuł zimne krople potu spływające wzdłuż kręgosłupa. Zszedł po schodach i popatrzył w głąb niezbyt dobrze oświetlonego korytarza. 

Drzwi w najbardziej oddalonej części były uchylone. Zobaczył, że wychodzi z nich wysoki mężczyzna. Nie mógł rozpoznać rysów ale widział, że trzyma w rękach jakieś przedmioty. Po chwili facet zniknął w kolejnych drzwiach. Chuck czekał przez kilka minut aż stwierdził, że może kontynuować. Przypomniał sobie plan budynku. Miał rację. Za najbliższymi drzwiami znajdował się magazyn. Poprzednio trzymano tu archiwa, dowody rzeczowe i sprzęt potrzebny do badań kryminalistycznych. Teraz pomieszczenie zapełnione było drewnianymi skrzyniami pokrytymi wojskowymi napisami. Opis sugerował, że zawartość była niebezpieczna. Część skrzyń była otwarta a po podłodze walały sie kawałki pianki używanej do amortyzacji wstrząsów. Chuck domyślał się, że w skrzyniach znajdowała się broń oraz jakiś bliżej nie sprecyzowany sprzęt. Następne drzwi kryły duże pomieszczenie przypominające szkolną salę – Briefing Room. Tablica była pokryta jakimś skomplikowanym schematem. W lewym górnym rogu wisiało zdjęcie Hagana. Wisząca obok mapa Las Vegas poznaczona była szeregiem symboli i numerów. Chuck zdawał sobie sprawę, że nie ma czasu, żeby rozgryźć ich znaczenie ale zrobił serię zdjęć. Chciał zmieścić tablicę w kadrze, cofnął się i uderzył o wózek z rzutnikiem. Zaklął cicho ale najwyraźniej nikt nie usłyszał hałasu. Musiał być bardziej ostrożny. Rozejrzał się jeszcze raz ale najwyraźniej nie było tu nic więcej wartego uwagi. Kolejne pomieszczenie powinno kryć laboratorium kryminalistyczne. Bingo. Tonące w półmroku pomieszczenie wyposażone było w szereg skomplikowanych urządzeń. Na ścianach wisiały jakieś zdjęcia, schematy i wykresy. Chuck robił kolejne zdjęcia. Flesze odkrywały przed nim groteskowe kształty. - Słodki Jezu – pomyślał - To prawda. Mam do czynienia z jakimś pierdolonym kosmitą. Wielkie fotografie przedstawiały ciało jakiegoś potężnego mężczyzny rozpłatanego chirurgicznym narzędziem. W środku, pomiędzy płucami, widać było jakiś perłowy kształt, wielkości pięści. Przypominał gigantyczną larwę, wyposażoną w szereg wypustek przebijających organy. Chuck miał ochotę zwymiotować. Jeden z monitorów komputerowych jarzył się słabym blaskiem. Podszedł do niego i trącił myszkę. Na pulpicie wyświetlono kilkanaście plików tekstowych. Chuck zaczął je przeglądać, ale nie mógł wyłowić z nich nic ciekawego. Słownictwo przypominało mu raport przypominały mu raport *Ischera. Próbował zgrać pliki na flash ale okazało się, że są zabezpieczone. Zastanawiał się przez chwilę jak to obejść ale stwierdził, że nie posiada wystarczającej wiedzy. Odsunął się od komputera i sięgnął do szuflady. *W tym momencie w oknie wstawionym w ścianę oddzielającą korytarz od laboratorium dostrzegł błysk światła. Błyskawicznie schował się za stołem laboratoryjnym. Wstrzymał oddech. Słyszał kroki zbliżające się do pomieszczenia. Skrzypnięcie drzwi. Poczuł ukłucie strachu. Gdzieś głęboko żałował, że nie jest uzbrojony, choć zdawał sobie sprawę, że to głupie. Słyszał miarowy oddech strażnika. Drzwi zaskrzypiały znowu. Zapadła cisza. Miał wrażenie, że siedzi za stołem całą wieczność. Zerknął na zegarek. Minęło piętnaście minut. Wyjrzał zza blatu. Pusto. Podniósł się z ziemi i ostrożnie ruszył w kierunku wyjścia.

   * Ręce do góry – usłyszał zimny, nieznoszący sprzeciwu głos. 
     Cholera, cholera, cholera! 

Odłożył aparat i powoli podniósł ręce. Mężczyzna w wojskowym uniformie siedział na ziemi, o kilka kroków od wejścia. Chuck patrzył na wycelowaną w niego lufę pistoletu.

   * Tylko spokojnie! Jestem nieuzbrojony – powiedział, wiedząc, że 
     odgrywanie jakichś sztuczek nie ma w tej sytuacji żadnego sensu. 
   * Przeszukaj go! - mężczyzna z pistoletem odezwał się w stronę drzwi 
     w których wyłonił się kolejny strażnik wyposażony w automat. 

Nowy przybysz przeszukał go sprawnie, podczas gdy facet z pistoletem trzymał Chucka na muszce. Chuck zdawał sobie sprawę, że ma do czynienia z profesjonalistami. Obaj mężczyźnie nie odzywali się do niego, z ich wyrazu twarzy również nie można było nic odczytać. Chuck stwierdził, że najlepiej czekać na rozwój wypadków. Facet z automatem założył Chuckowi kajdanki. Wyprowadzili go z laboratorium i poprowadzili w stronę wyjścia. Chuck cały czas rozglądał się czujnie dookoła pragnąc ocenić sytuację i zapamiętać wszystkie, być może przydatne, szczegóły. Po prawej stronie zobaczył obszerne pomieszczenie, podobnie jak laboratorium wyposażone w okna od strony korytarza. W pomieszczeniu siedziało kilku mężczyzn w wojskowych mundurach. Wpatrywali się w szereg ekranów. Część z nich miała na głowach słuchawki. Widział, że kontaktują się z kimś przez radio. Na ekranach dostrzegł jakieś budynki, chyba wąską ulicę, majaczącą niewyraźnie w świetle kamer noktowizyjnych. Strażnicy zatrzymali się przy drzwiach kolejnego pokoju, niedaleko wyjścia ze skrzydła budynku zajętego przez tą dziwną grupę wojskowych. Mężczyzna z pistoletem zapukał do drzwi. Wszedł do środka.

   * Kapitanie? Mamy gościa – powiedział spokojnym głosem. 
   * Widzę, że jesteśmy tego wieczora niesłychanie popularni – w głosie 
     “kapitana” pobrzmiewała ironia. - Wprowadzić go! 

W środku, siedział Kurgan i jakiś mężczyzna w cywilnym ubranu - Kapitan. Chuck wiedział, że nie może zdradzić w żaden sposób, że zna Kurgana. Na szczęście nie przespał lekcji udzielanych w Langley. Kapitan Reynolds nie był zbyt dobrym śledczym i Deckard szybko doprowadził jego nerwy do stanu wrzenia. W pewnym momencie do pokoju wpadł niski, łysawy mężczyzna.

   * Kapitanie, pułkownik Clayton pana wzywa. 
   * Kennard, miej na nich oko! – Reynolds, zwrócił się do jednego ze 
     strażników i wyszedł z pokoju. 

Kennard wyszedł za nim, zamknął i zamknął drzwi. Chuck gestem dał znać Kurganowi, że wszystko w porządku. Wiedział, że wpadł w kanał ale cóż miał zrobić? Postanowił cierpliwie czekać.

  • W sali obok usłyszeli podniesione głosy. - Zaczęło się! Zaraz go dorwą!*
  • Chuck podniósł się z krzesła i podszedł do wylotu kanału wentylacyjnego, z którego dobiegał głos. Obaj słyszeli wyraźnie trzaski dobywające się z głośników sprzętu komunikacyjnego. *
   * *Wallis, widzisz cel? - w radiu odezwał się głos nieznanego 
     mężczyzny. - Wallis? potwierdź, że widzisz cel.* 
   * *Pułkowniku Clayton, melduję, że straciłem kontakt wizualny z 
     Wallisem.* 
  • Następnie z głośników popłynęła seria rozkazów. Ktoś w pomieszczeniu odezwał się – Kapitanie Reynolds, potwierdzam *brak odczytów ze monitora Wallisa.
   * Clayton tu Reynolds – właśnie straciliśmy widok z głównej kamery. 
     Co tam się do licha dzieje! 
   * Widzę cel, powtarzam widzę cel (nieznany głos). Odgłos serii z 
     broni maszynowej, jęk bólu. 
   * Trafiłem go, trafiłem go! (Nieznany głos). 

   * O mój boże ja krwawię! (nieznany głos). 
   * Jervis, co robią twoi ludzie, zamelduj się natychmiast! (głos 
     należący do Claytona) 
   * Zimno, czemu tu tak zimno! (nieznany głos) 
   * Nic nie widzę! (kolejny nieznany głos) – Odgłosy strzałów. Cisza. 
     Odgłos eksplozji. 
   * Kapitanie Reynolds, żadna z kamer nie działa! (głos technika z 
     pomieszczenia obok) 
   * O Boże! Co tam się dzieje! (głos Reynoldsa) – znowu odgłosy 
     wystrzałów. 
   * Artefakt przemieszcza się! (technik) 

W głośniku słychać ciężkie sapanie, potem krztuszenie się i odgłos pękających kości. Po nich chwila ciszy, a potem poruszający wrzask absolutnego terroru. Cisza... - Kapitanie Reynolds... Straciliśmy łączność z zespołem uderzeniowym.(Technik)

   * Kurwa mać! To mi się śni! (Reynolds) 

W pomieszczeniu obok musiał rozgrywać się czysty i nieokiełznany chaos. Reynolds wykrzykiwał kolejne rozkazy, technicy wyrzucali z siebie coraz bardziej rozpaczliwe komunikaty. Chuck i Kurgan zdawali sobie sprawę, że sytuacja wyrwała się zupełnie z pod kontroli. To była ich szansa. Musieli ją wykorzystać. _Od MG_*:*

  • *Zostawiam wam szerokie pole do popisu. Wasi bohaterowie mogą teraz wydostać się z kwatery CIC, korzystając z zamieszania. Waszej wyobraźni i zdolności do współpracy pozostawiam jak zamierzają tego dokonać. Napiszcie co robicie w reakcji na zachowanie Hindmana/Hagana. Jeśli chcecie dostać się na miejsce “Incydentu” opiszcie skąd wiecie gdzie miał on miejsce. Opiszcie jak tam docieracia. Wygląd tego miejsca i kolejne wydarzenia zostawcie mnie.

W związku z moim wyjazdem na wakacje ogłaszam przerwę, ale proszę, żebyście przysłali odpowiedzi przed 13 września. Wtedy będę się mógł spokojnie zastanowić co dalej.

Odpowiedź Romana i Andrzeja Las Vegas 17 września 1997 Chuck usiadł i szybko przełożył skute ręce zza pleców przed siebie. Zgarnięty z biurka spinacz wystarczył, żeby się rozkuć. Gdy miał zamiar uwolnić Kurgana zauważył, że agent nie dość, że nie jest skuty, to w dodatku popija kawę. Widać blefował lepiej niż ktokolwiek mógł przypuszczać. Kurgan szybko zlustrował ściany pokoju. Nie było tam ani lustra weneckiego, ani kamer – pomieszczenie było świeżo po remoncie

Kurgan sięgnął w zanadrze i rzucił Chuckowi mały, kieszonkowy paralizator.

„Może ci się przydać. Moja broń jest u strażnika. Znają twoje dane?”- wyszeptał wskazując równocześnie dyskretnie na uszy.

"Nie. Nie zdążyli. Bierz wszystko co może mieć jakieś znaczenie dla sprawy" – odpowiedział Chuck zgarniając z blatu biurka swój aparat i zestaw małego włamywacza. W tym czasie Kurgan zerwał ze ściany kalendarz i ołówkiem zaczął coś gryzmolić na papierze. Jako podkładu użył tafli szkła.

“Wiedzą kim ja jestem, ale nic mi nie grozi. Zostanę tu i spróbuję przekonać ich do współpracy. Teraz mają naprawdę przechlapane. Co najmniej wyjdę stąd nie umoczony Jakim cudem udało ci się go załatwić przy windzie? Bierz te papiery, trzepnij mnie prądem, i zmykaj. Spotkamy się za godzinę przed ratuszem. Pewnie będę miał ogon, ale zostaw to mnie. Tą kartkę spal albo zjedz. Pytaj policję o zgłoszenia obywateli o strzelaninie. Powodzenia.”

Chuck wyjrzał przez okno. Pierwsze piętro, nie jest źle. Wychylił się przez okno i spojrzał w prawo. Wszystko się zgadzało, schody pożarowe biegły pięć metrów od niego. Krótki spacer po gzymsie i jest w domu. Odwrócił się i poczęstował Kurgana prądem. Ten upadł teatralnie rozlewając kawę

Chuck wchodził już na gzyms. Wiedział, że w końcu sobie o nich przypomną, ale nie miał zamiaru wylądować na dole przez zbytni pośpiech. Miarowo oddychając doszedł do drabinki. Chwilę się zawahał po czym ruszył w górę. Na dachu zatrzymał się na chwilę, po czym ruszył na drugi koniec budynku. Szybko doszedł do drugiego skrzydła budynku i boczną klatką schodową zszedł na dół. Karty wejściowe od Connora bardzo mu pomogły. Jeszcze szybki marsz przez parking i wyszedł na ulicę biegnącą wzdłuż komisariatu. W tym momencie dopisało mu szczęście, jak na zamówienie nadjechała taksówka. Chwilę później odjechał w kierunku centrum.

W taksówce sięgnął po aparat. Z ulgą stwierdził, że nie zdążyli skasować karty pamięci. Szybko przeglądał zdjęcia szukając mapy, którą sfotografował. W końcu znalazł, ale szybko się rozczarował – co prawda bez problemu określił rejon polowania, ale nic więcej nie dało się odczytać. W milczeniu podjechał pod parking podziemny. Podszedł do automatu i wykręcił numer wewnętrzny Pata.

„Wszystko w porządku.” – rzucił szybko w słuchawkę gdy usłyszał głos zastępcy szeryfa – „Potrzebuję tylko jednej informacji. Mieliście zgłoszenia o wymianie ognia.”

...

W momencie gdy do pomieszczenia wpadł strażnik Chucka już dawno nie było a oszołomiony Kurgan powoli podnosił się z podłogi. Rozlana kawa zabrudziła mu garnitur, a przeżyty wstrząs odcisnął ślad na jego wyglądzie.

„Daj mi coś do picia, i zawołaj dowódcę.” – szepnął z trudem - “Aha, i zawołaj też pacana który go skuł i obszukał”.

(...)

Plan Kurgana jest prosty. Pogadać z szefem wojskowych, wykorzystać ewentualny szok do wyciągnięcia zeń ile się tylko da, zaoferowanie pomocy (bądź co bądź raz już zabił nosiciela), a w najgorszym przypadku wyjście stąd bez podejrzeń. Jego wersja jest oczywista – zły włamywacz potraktował go prądem całkowicie zasłuchanego w odgłosy z centrum dowodzenia. Kurgan nawet nie zamierza ukrywać, że wie wszystko o klęsce komandosów.

Plan Chucka jest równie prosty. Wie, gdzie mniej więcej miała miejsce obława. Ma nadzieję, że Pat poda mu dokładniejsze namiary. Niezależnie od tego za godzinę będzie czekał na Kurgana w umówionym miejscu. Tym razem zabierze z wozu broń.

Pomysły - wyprawa na Komisariat, pierwsza czesc planu bez zarzutu. - wpadka, zatrzymanie Chucka - Odglosy walki w glosnikach, wrzaski strachu, katastrofa planu NRO DELTA - Podroznik odzyskuje artefakt i zmienia cialo. - Negocjacje z NRO DELTA - Cel podroznika - Trinity Ślady znalezione w kwaterze policji – części zajętej przez NRO Delta Notatki Zdjęcia i teczka z papierami Dana Hindmana Mapa LV z zaznaczonymi czerwonym pisakiem punktami Tablica ze schematami akcji, nazwami ulic, numerami kodowymi Sprzęt radiowy do podsłuchu (test obsługi komputerów pozwala odnaleźć nagrania z telefonu Chucka Deckarda

pomysły stare: spotkanie new age na zapleczu, świece, kadzidełka, wszyscy pamiętają Jamesa Hagana jako starego znajomego i aktywistę, który ostatnio przepadł. w czasie ceremonii jedna dziweczyna dostaje ataku histerii i zaczyna wykrzykiwać imiona jakichś ludzi, potem mówi o potworze, który zabijał i o płomieniach. Histerycznie reaguje na widok zdjęcia Hagana – Wszyscy zostali wyprani MKULTRą ale ta zaczyna pękać Rozmowa z Dziećmi Gai – dzięki hipnozie i substancjom chemicznym udało się kilku osobom wmówić zajścia opisane w LV Sun. Teraz jednak efekty zaczynają ustępować, a część ofiar zaczyna się dziwnie zachowywać i mieć przebłyski. - Club Cancun. Poznaje Hala Jamisona (Soucerwatch dg121) Policyjne archiwa jak niżej

Reszta patrz plik “zakończenie pbm”

PHP Deprecated: preg_replace(): The /e modifier is deprecated, use preg_replace_callback instead in /home/y/yarri/public_html/pmwiki/pmwiki.php on line 608 PHP Deprecated: preg_replace(): The /e modifier is deprecated, use preg_replace_callback instead in /home/y/yarri/public_html/pmwiki/pmwiki.php on line 609 PHP Deprecated: preg_replace(): The /e modifier is deprecated, use preg_replace_callback instead in /home/y/yarri/public_html/pmwiki/pmwiki.php on line 612 PHP Deprecated: preg_replace(): The /e modifier is deprecated, use preg_replace_callback instead in /home/y/yarri/public_html/pmwiki/pmwiki.php on line 620 PHP Deprecated: preg_replace(): The /e modifier is deprecated, use preg_replace_callback instead in /home/y/yarri/public_html/pmwiki/pmwiki.php on line 624 PHP Deprecated: preg_replace(): The /e modifier is deprecated, use preg_replace_callback instead in /home/y/yarri/public_html/pmwiki/pmwiki.php on line 639